13 Sty La maison de fous: odcienie szaleństwa w Ligue 1

W dobie nowoczesnego futbolu, zdominowanego przez korporacyjne podejście i do bólu wypolerowanego, piłkarze bywają krytykowani za brak charakteru i zbytnią delikatność. Czasem takie zarzuty są wyraźnie przerysowane, formowane wyłącznie dla zasady, ale nie da się ukryć: coś się zmienia, pierwiastek szaleństwa gaśnie. Pytanie tylko: czy to źle? Niech w odpowiedzi pomogą przykłady mniejszych i większych obłąkańców ubarwiających boiska Ligue 1 jeszcze niedawno – w ostatnich kilkunastu latach.

Za ostatni ślad wygasającej epoki trzeba by chyba uznać nieobecnego od ponad pół roku Zlatana Ibrahimovicia – i będzie to wybór bardzo wymowny, bo przecież Szwed nie jest w gruncie rzeczy autentycznym wariatem, a piłkarskim artystą uzupełnionym świetnie wyreżyserowaną medialną personą. Stereotyp każe jednak wykorzystać to jako punkt wyjścia i poszukać czystego szaleństwa u źródła ekscentryzmu Ibry – na Bałkanach. O charakterze piłkarzy z tamtego regionu opowiada się wszak legendy – rzadko pozbawione oparcia w rzeczywistości.

Do Ligue 1 trafiło stamtąd co najmniej kilka intrygujących przypadków. Ot, choćby Lorik Cana – jeszcze niedawno stoper Nantes, w ostatnim czasie kojarzony na świecie zapewne głównie z idiotycznej czerwonej kartki zarobionej w 36. minucie historycznego debiutu jego reprezentacji na Euro. We Francji swój charakter zaznaczył przed laty w znacznie bardziej widowiskowy sposób – podejmując w wieku 22 lat najbardziej ryzykowną decyzję na jaką może się zdobyć piłkarz nad Sekwaną i zamieniając Paris Saint-Germain (którego de facto był wychowankiem) na Olympique Marsylię. W OM wyrobił sobie markę jednego z najtwardszych, najbardziej agresywnych pomocników w kraju i z czasem awansował na kapitana zespołu. Od czasu odejścia ze Stade Velodrome jego kariera nie toczyła się zbyt dobrze, ale w każdym klubie rozkochiwał kibiców poświęceniem i grą na granicy reguł.

Podobnym typem gracza – często dającym z siebie zbyt dużo – był występujący w Montpellier w pierwszych dwóch sezonach od powrotu La Pallade do najwyższej ligi Emir Spahić. Jako lider zespołu czasem zapędzał się w manifestowaniu skłonności przywódczych zbyt daleko – sprzeczki, przepychanki i brutalne faule stanowiły kluczowe pozycje w jego wachlarzu ulubionych zagrań. Trzeba mu jednak uczciwie oddać, że na największe popisy Spaha zdobywał się w barwach innych niż Montpellier: na sumieniu ma między innymi starcie z grającym w niemieckiej koszulce Bośniakiem Marko Marinem w meczu Bośnia-Niemcy czy potraktowanie z Zidane’a ochroniarza na stadionie Bayeru Leverkusen, które poskutkowało natychmiastowym zerwaniem umowy z klubem.

Nieco w cieniu młodszych kolegów kryje się gracz plasujący się jeszcze po właściwej stronie granicy między charakterem a charakterkiem (co wcale nie ujmuje mu kolorytu) – legendarny bramkarz RC Lens, Vedran Runje. Chorwat zasłynął tak umiejętnościami, jak i wiernością wobec Złotokrwistych – w 2008 roku pozostał w klubie mimo spadku do Ligue 2 i pomógł mu natychmiast powrócić do pierwszej ligi. Wyróżniał się wybuchowością, przechodzącą czasem w agresję; nie miał litości dla partnerów z linii obrony, mających w teorii ułatwiać mu pracę. Koledzy z Lens mawiali, że z Runje za plecami defensor w ciągu kilku tygodni do perfekcji opanowuje pełną gamę chorwackich przekleństw.

Bałkańscy wojownicy ze swoim przesadzonym, acz gwarantującym kibicowską miłość zaangażowaniem sumiennie pracują na opinię szalonych, a w najlepszym wypadku trudnych do okiełznania, ale archetyp boiskowego pomyleńca nie ma nic wspólnego z tamtym regionem – to produkt tylko i wyłącznie lokalnej myśli szkoleniowej. To Cyril Rool, francuski środkowy pomocnik tudzież boczny obrońca, znany głównie z gry w Bastii i Lens, mający za sobą także występy w Monaco, Bordeaux i Marsylii. Powiedzieć o nim „znany z twardej gry” to nie powiedzieć nic. Nazwany niegdyś przez prasę Antychrystem piłkarz to absolutnie rekordowy kolekcjoner kolorowych kartoników. W 445 meczach obejrzał 187 żółtych i 27 czerwonych kartek (w samej Division 1/Ligue 1: 368, 156, 22). W ostatnim swoim sezonie – 2009/10 w barwach OM – wybiegł na boisko tylko dwukrotnie. Tak, podtrzymał swoją średnią. Kartkę numer 187 obejrzał siedem minut przed końcem kariery.

W zbieranych od rozgrywek 1995/96 statystykach LFP Rool figuruje jako rekordzista wszech czasów z szesnastoma wykluczeniami z gry – tam jednak nie jest osamotniony, bo pierwsze miejsce dzieli z Cyrilem Jeunechampem. Całościowy dorobek byłego gracza m.in. Auxerre, Rennes i Montpellier nie jest aż tak okazały (532 mecze, 145 żółtych i 21 czerwonych kartek), ale na koniec długiej kariery pomocnik jeszcze wyraźniej niż znamienity imiennik zademonstrował, że z pewnych rzeczy nie wyrasta się nigdy – albo że nawet u schyłku kariery można ekscytować się piłką tak, by dać się nieść silnym emocjom.

W grudniu 2012 roku (a więc pół roku po sensacyjnym zdobyciu tytułu w barwach Montpellier) zirytowany krytycznym wobec drużyny artykułem Jeunechamp tuż po zremisowanym 1-1 meczu z Valenciennes dopadł autora, Jose Barroso z L’Equipe, i uderzył go pięścią w twarz. Za swój wyskok obchodzący kilka dni po tym incydencie 37. urodziny piłkarz został początkowo ukarany rocznym zawieszeniem. Po apelacji udało się skrócić karę o połowę, dzięki czemu wymierzony dziennikarzowi sierpowy nie był finalnym zagraniem Cyrila jako czynnego sportowca.

Zagranie doświadczonego Francuza nie było ostatnim tego typu obrazkiem na boiskach Ligue 1 – najświeższy przykład pokazu sztuk walki włączonego w widowisko piłkarskie dostarczył w 2014 roku brazylijski napastnik Brandao. Zmieniony w okolicach 70. minuty spotkania Bastii z PSG piłkarz przez ponad kwadrans czekał w tunelu by „rozliczyć się” z Thiago Mottą – gdy doczekał nadejścia ofiary, uderzeniem głową złamał rodakowi nos i uciekł do szatni. Za ową napaść został ukarany miesiącem więzienia i sześcioma miesiącami wykluczenia z gry. Na boisko wrócił w kwietniu 2015 przy okazji finału Pucharu Ligi przegranego 0:4 z – jakżeby inaczej – Paris Saint-Germain.

Dla prawdziwego specjalisty od bójek, napaści i zawieszeń pobyt w Ligue 1 był bodaj najspokojniejszym okresem w karierze, ale lista jego niechlubnych osiągnięć nie pozwala go tu pominąć. Mowa oczywiście o wypożyczonym do Marsylii w sezonie 2012/13 Joeyu Bartonie. Na Stade Velodrome Anglik trafił z trwającym, 12-meczowym zakazem gry w piłkę, nałożonym za niedorzeczny wybuch agresji w ostatniej kolejce poprzednich rozgrywek Premier League, w starciu jego Queens Park Rangers z Manchesterem City. Pomocnik w ciągu kilkudziesięciu sekund kolejno uderzył łokciem w twarz Carlosa Teveza, obejrzał czerwoną kartkę, kopnął w plecy Sergio Aguero i spróbował (bezskutecznie) wymierzyć cios głową Vincentowi Kompany’emu. Mecz przeszedł do historii z innego powodu: walczące o utrzymanie QPR straciło w doliczonym czasie gry dwa gole i przegrało 2:3, w konsekwencji gwarantując City tytuł mistrza Anglii. Szczęśliwie dla Bartona, The R’s utrzymali się w lidze dzięki korzystnym wynikom na innych stadionach.

Wybryk który w praktyce doprowadził Bartona do Francji jest jednak niczym przy jego wcześniejszych dokonaniach. Anglik ma w kartotece m.in. zgaszenie cygara w oku piłkarza młodzieżówki swojego klubu, napaść i wymierzenie 20 ciosów człowiekowi w centrum Liverpoolu oraz pobicie na treningu Manchesteru City kolegi z drużyny, Ousmane Dabo, które w sumie zaowocowały sześcioma miesiącami zawieszenia i 77 dniami w więzieniu. To ostatnie przestępstwo sprawiało zresztą, że wypożyczeniu Bartona do OM towarzyszyły spore kontrowersje – solidarni z Dabo francuscy piłkarze głośno protestowali przeciw transferowi recydywisty do ich rodzimej ligi.

Przypadek Bartona mógłby pełnić rolę całkiem mocnej pointy, ale takowa zostawiałaby wrażenie, że źródłem największego zła w całej galerii antybohaterów Ligue 1 jest import z Wysp Brytyjskich – a to nie byłaby prawda. Przykładem największego ekstremum w tym zestawieniu jest bowiem wychowany w Nancy napastnik Tony Vairelles. Gdy pozostawał czynnym zawodnikiem, wątpliwości co do jego charakteru mogła nasuwać tylko skłonność do przeprowadzek – po ośmiu stabilnych latach w Nancy i Lens w kolejnych dwunastu sezonach zakładał koszulki aż dziewięciu różnych zespołów. Czarną kartę w swojej biografii Vairelles zapisał jednak tuż po zakończeniu kariery. W październiku 2011 roku uczestniczył wraz z braćmi w strzelaninie pod nocnym klubem w Nancy – czterej Vairellesowie (wszyscy – zawodowi piłkarze) mieli ruszyć z karabinem i kijami baseballowymi na ochroniarzy, którzy wcześniej wyrzucili ich z lokalu. Tony, były reprezentant Francji, stanął przed sądem pod zarzutem usiłowania zabójstwa i trafił do aresztu, z którego został jednak po pięciu miesiącach zwolniony z braku wystarczająco mocnych dowodów. Postępowanie trwa do dzisiaj, zaś ex-piłkarz ma zakaz opuszczania kraju.

Szaleństwo ma wiele twarzy, ale żadna – ani ta tożsama z dziecinnymi przepychankami i prowokacjami, ani ta bliższa prawdziwemu bandytyzmowi – nie jest szczególnie sympatyczna. Nawet najłagodniejsze z przypadków dużo przyjemniej ogląda się z dystansu, z nutką nostalgii, niż na żywo, w trakcie kolejnych piłkarskich spektakli. Z drugiej strony świeżość niektórych przykładów każe myśleć, że ci wieszczący (zwykle z żalem w głosie) koniec epoki Prawdziwych Twardzieli™ choć nie są w błędzie, mogą się ze swym osądem trochę śpieszyć.