13 Sty Seryjny buntownik

Półtora roku temu każdy, kto widział Dimitriego Payeta w grze więcej niż raz zachodził w głowę – dlaczego West Ham? Wreszcie sam piłkarz najwyraźniej zadał sobie podobne pytanie i zmusił trenera Młotów, Slavena Bilicia, do wygłoszenia na niedawnej konferencji dramatycznie brzmiącego komunikatu: „Payet nie chce dla nas grać”.

Zaskakujący zwrot akcji? W żadnym wypadku. Zanim Dimitri Payet dwoma tytułami króla asystentów Ligue 1, popisowym debiutem w Premier League i imponującymi Mistrzostwami Europy utrwalił się w świadomości fanów jako światowej klasy kreator, słynął z trudności z podtrzymaniem motywacji do gry oraz niestałości klubowych uczuć. Odejście wymuszał już i w Nantes (skutecznie), i w Saint-Etienne (z półrocznym opóźnieniem). Tylko Marsylia zdobyła się na posunięcie wyprzedzające i próbując załatać budżet sprzedała pochodzącego z Reunionu Francuza wbrew jego woli. Jeśli i próba opuszczenia West Hamu na własnych zasadach się powiedzie, w dziedzinie pokazowego trzaskania drzwiami piłkarza trzeba będzie uznać za specjalistę równie wybitnego, jak w strzelaniu w „okienka”.

Łatwo zdobyć się na wyrozumiałość wobec awanturniczych zapędów niespełna 30-latka. O tym, jak fantastycznie Payet zadebiutował w Premier League nie trzeba długo opowiadać – jego spektakularne trafienia w poprzednim sezonie tydzień po tygodniu obiegały cały piłkarski świat – i wystarczy przypomnieć liczby: 15 bramek i 17 asyst w 44 meczach. Z mniejszymi pochwałami spotyka się gra pomocnika w ostatnich miesiącach. Niesłusznie, bo chociaż koniec końców wyniszczające doświadczenie Euro 2016 utrudniło Francuzowi powrót do pracy w klubie, nie sposób mówić o nim jako o rozczarowaniu: wciąż posyła kolegom kluczowe podania z tą samą łatwością (4.1/mecz w bieżącym sezonie; 4/mecz w poprzednich rozgrywkach), a jego indywidualny dorobek (3 gole, 8 asyst) nie zagraża wypracowanej na Wyspach marce – zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę postawę drużyny The Hammers. Trzynasta pozycja w tabeli, niezdolność do zbudowania choćby najkrótszej passy zwycięstw i fatalna gra w nowym domu: nie tego oczekiwali mamieni wizją budowy wielkiego zespołu kibice, nie tego spodziewali się zapatrzeni w Bilicia dziennikarze, nie na to wreszcie liczył sam Payet.

Z tej perspektywy trudno się dziwić jego frustracji. Piłkarz tej klasy ma prawo grać w otoczeniu zespołu na miarę swoich możliwości – powinien być klejnotem w koronie, nie jedynym śladem niedoścignionego bogactwa. Tyle że dawny piłkarz Lille nie próbuje tym razem wyegzekwować owego prawa. Dążeniem do postępów uzasadniał żądanie transferu złożone w Nantes, pragnieniem awansu motywował okupioną zesłaniem do rezerw wojenkę z Saint-Etienne, lecz przyczyną jego aktualnego strajku mają być powody osobiste. Wedle doniesień prasy Payet nie szuka bowiem przenosin do większego (czy, darujmy sobie eufemizmy, bogatszego) klubu – celem planowanej ucieczki jest powrót do Marsylii.

Jeżeli jednak pomocnik tęskni nie tyle za Olympikiem, co po prostu za ojczyzną, hipotetycznie możliwy jest jego „comeback” do innej byłej drużyny. Od tygodni plotkuje się, że pod rządami nowego właściciela, Gerarda Lopeza, uzbrojone w nowe finansowe argumenty Lille zatrudni jako szkoleniowca Marcelo Bielsę, a więc człowieka, który w OM przedefiniował boiskową rolę Dimitriego i zamienił rozedrganego skrzydłowego w jedną z najlepszych „dziesiątek” w Europie. Payetowi zapewne trudno byłoby odmówić trenerowi, którego już po transferze do West Hamu opisywał z taką wdzięcznością: – Uczynił mnie dojrzalszym i regularniejszym, uporządkował moją grę. Wciąż mam w głowie jego rady.

Domniemana chęć powrotu do Ligue 1 może być jeszcze jednym sygnałem tej dojrzałości. Wybór komfortu kosztem lepszej pensji i większej popularności to wszak decyzja na wskroś zdroworozsądkowa, nawet jeśli niepopularna wśród obecnych kibiców pomocnika i fanów widowisk z jego udziałem. Okoliczności towarzyszące ewentualnemu transferowi nie pozwolą jednak nazwać Payeta rozważnym, dorosłym facetem. To wciąż ktoś, kto w ledwie jednym z sześciu swoich klubów wytrzymał dłużej niż dwa lata, i kto w każdej chwili może ot, tak zrezygnować z respektowania podpisanej wcześniej umowy.