01 Lut Misja: odbudować formę – Memphis Depay w Olympique Lyonnais

W Lyonie już od dłuższego mówi się o poprawie sytuacji finansowej, że stadion regularnie jest spłacany i zaczyna generować naprawdę spore przychody. Niektórzy sądzili, że to jest jednoznaczne z ofensywą na rynku transferowym, a do klubu zaczną przychodzić wielkie nazwiska. Ostatnie dwa okienka były więc pewnie dla nich małym rozczarowaniem. Tendencję może odwrócić nowy nabytek – Memphis Depay.

Latem, zeszłego roku, do ekipy dołączyli Darder (obiecujący zawodnik Malagi, jednak nie gwiazda wśród młodzieżowców w Europie), Yanga-Mbiwa (obrońca Romy, który nie był zbyt pewnym punktem zespołu i na pewno nie przypominał gracza prowadzącego Montpellier do sensacyjnego mistrzostwa kilka lat wcześniej), Valbuena (doświadczony gracz, który zaczął jednak notować mały zjazd w stosunku do tego, co pokazywał w Marsylii), Beauvue (zawodnik jednego sezonu, wcale nie taki młody) czy Rafael (świetnie zapowiadający się obrońca, którego zaczęły trapić częste kontuzje). Piłkarze solidni, ale nie nowe gwiazdy klubu. Biorąc pod uwagę, że za spore pieniądze odszedł N’Jie, inne młode talenty (Benzia, Bahlouli), a także skończył się kontrakt Gourcuffa, który pobierał bardzo dużą pensję, nie można było powiedzieć o naprawdę dużych wydatkach podczas tego okienka.

Lato poprzedzające obecne rozgrywki wykazało dodatni bilans, z klubu odszedł Umtiti, a przyszli Mammana (obrońca z Argentyny, który grał tylko w ojczystej lidze), Mateta (praktycznie anonimowy napastnik z trzeciej ligi) i dwaj wolni agenci: Nkoulou i Rybus. Ogółem ciekawi piłkarze, ale żaden z nich nie był uznany za najlepszego młodego gracza w swojej lidze. Żaden z nich nie był najlepszym zawodnikiem wchodzącym z ławki w fazie grupowej Mistrzostw Świata. Żaden z nich nie był zalewany niezliczoną liczbą twittów w stylu „Come to OL!!!”, wysyłanych zarówno przez rzesze fanów, jak i samego prezesa Lyonu. Jean Michel-Aulas nie obwieszczał światu, że dzięki nim Les Gones mogą wygrać Ligue 1. W jego przypadku tak było.

https://twitter.com/JM_Aulas/status/823513553814646784

 

Memphis Depay, urodzony 13 lutego 1994 roku w holenderskim Moordrecht, w wieku dwunastu lat zaczął treningi w PSV Eindhoven. Krótkie podsumowanie jego meczów w Holandii: 124 spotkania, 50 bramek, 29 asyst. Reprezentacja narodowa? W 27 meczach 5 bramek i 4 asysty. Nie są to jednak liczby kluczowe przy transferze z Manchesteru United. W poprzednim sezonie wystąpił w Premiership 29 razy, zebrał łącznie prawie 1500 minut. To jednak przełożyło się na tylko dwa gole i jedną asystę w ciągu całych rozgrywek. Mało? Mało to jest jak AS Monaco strzeli dwie bramki w meczu, dla zawodnika, który sezon wcześniej dwadzieścia dwa razy pokonał bramkarza rywali, to jest wynik dramatyczny. Brak goli to ogromny problem dla piłkarza ofensywnego, to jednak nic w porównaniu z sytuacją, kiedy nie ma jak ich strzelać, ponieważ w ogóle nie jest wystawiany przez trenera. Depay w obecnym sezonie rozegrał w Premier League 20 minut. Łącznie. W większości spotkań nie był nawet na ławce rezerwowych. W takich okolicznościach wypowiedź Memphisa sprzed półtora roku: „Wierzę, że mogę zostać najlepszym zawodnikiem świata i pracuję na to ciężko każdego dnia”, lekko mówiąc, brzmi dość groteskowo. Nie zostaniesz najlepszym graczem globu, gdy w wieku 22 lat nie łapiesz się nawet na ławkę swojej drużyny. To właśnie ostatnie występy, a raczej ich brak, doprowadziły do tego, że skrzydłowy przeszedł do OL za promocyjną jak na obecne realia cenę 16 milionów euro (oczywiście nie uwzględniając bonusów, które zostaną zapłacone dopiero w przypadku spełnienia określonych kryteriów).

Lyon, wicemistrz Francji, obecnie czwarta ekipa w lidze, która ma sporą stratę do prowadzącego tercetu: Monako, Nicea, PSG, ale też stosunkowo bezpieczną przewagę nad następnymi w tabeli Saint-Étienne i Marsylią. Czy to odpowiedni klub dla Memphisa? Nie jest to zespół tak znany jak United, jednak nie można mówić o jakiejś wielkiej degradacji, tym bardziej że w Anglii Holender sobie nie poradził, także racjonalną decyzją wydaje się wybór słabszej ligi, w której będzie próbował odbudować swoją pozycję w europejskim futbolu. Bruno Génésio, trener OL, lubi rotować ustawieniem drużyny, jednak ostatnio wyraźnie spodobało mu się 1-4-2-3-1, z dwoma defensywnymi pomocnikami (w domyśle Gonalons i Tolisso, chociaż nie jest to duet „nie do ruszenia”) i trójką ofensywnych graczy za Lacazettem. O miejsce w atakującym trio z byłym piłkarzem PSV będą walczyć: Fekir, Valbuena, Cornet i Ghezzal. Nie ma chyba wątpliwości, że włodarze Lyonu ściągali Depaya z myślą o wzmocnieniu pierwszego składu, a nie ławki rezerwowych, co potwierdza fakt, że już w drugim swoim meczu (z Lille) rozpoczął spotkanie od samego początku. Z jednej strony wiadomo, że umiejętności ma spore, ale gość nie praktycznie nie grał przez pół sezonu, więc mimo wszystko ta decyzja była dość odważna. Do tej pory Memhpis rozegrał w nowym zespole 78 minut w lidze i godzinę w Pucharze Francji z Marsylią. Zagrał niewiele i tyle samo można o nim powiedzieć. Kilka wniosków można jednak wysnuć:

  • technicznie jest bardzo dobry, widać potencjał,
  • nieźle rozumie się z Lacazettem, w meczu z Lille widać było nieśmiałe próby gry kombinacyjnej,
  • stara się pracować w defensywie, jak wraca to nie odpuszcza rywala,
  • nie przestraszył się gry w nowej lidze, wręcz przeciwnie, pozwala sobie na częste gestykulacje w kierunku sędziego czy rywala,
  • zdecydowanie nie jest w najlepszej formie fizycznej.

 

 

Ogółem pozostawił raczej pozytywne wrażenie, jednak do stwierdzenia, że w najbliższym czasie wyraźnie poprawi atak OL, nie jest nawet blisko. W ostatnich kolejkach Les Gones poza tym, że w obronie nie są zbyt solidni (szczególnie Yanga-Mbiwa w obliczu kontuzji Diakhaby’ego przypomniał sobie występy z rundy jesiennej poprzedniego sezonu, kiedy miał najniższą średnią ocen według L’Equipe ze wszystkich piłkarzy w lidze) to prezentowali dość niezrozumiałą jak na skalę umiejętności graczy indolencję w ofensywie, a każda wykreowana okazja wydawała się wynikiem nadludzkiego wysiłku. Wyraźnie brakuje tej lekkości w rozegraniu, którą piłkarze zyskali na samym początku objęcia stanowiska trenera przez Génésio. Taka jest właśnie misja Depaya – Lyon musi więcej kreować, Lyon musi więcej strzelać. Wydaje się, że jeżeli klub chce jeszcze powalczyć o mistrzostwo, a przynajmniej o miejsce premiowane awansem do Ligi Mistrzów, to teraz jest ostatni moment na pościg za czołówką. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że zespół odpadł zarówno z Pucharu Ligi, jak i Pucharu Francji i może się skupić na rozgrywkach, które mogą zagwarantować Ligę Mistrzów, czyli na Ligue 1 i Lidze Europy. Cel wydaje się realniejszy, zakładając, że Memphis spełni pokładane w nim nadzieje i udźwignie ciężar numeru „9” na swojej koszulce, który wcześniej nosili tacy gracze jak John Carew, Lisandro Lopez czy Claudio Beauvue. Dobra, z tego ostatniego niech lepiej przykładu nie bierze, bo polscy kibice szybko przerobią literę „e” na „u” w jego nazwisku. W każdym razie puenta jest taka: z Depayem Lyon chce więcej. Kwestią, która pozostała graczom i trenerowi jest to, by ciężką pracą „chcieć” zamienić w „móc”.