14 Lut Na gorąco: Król, książę i Anioł na usługach Baska

Magiczny wieczór w Paryżu wymaga krótkiego komentarza. W ciągu 90 minut zostaliśmy zmuszeni do skreślenia wszystkiego, czego uczyliśmy się przez ostatnie pół roku o zespole Unaia Emery’ego.

Mecz idealny nie istnieje, ale ten był z perspektywy Paryża całkiem blisko. Cztery wyjątkowej urody gole, prawdopodobnie najgroźniejsza ofensywa świata sprowadzona do roli statystów, a to wszystko osiągnięte bez cienia przypadku – po agresywnej, odważnej i precyzyjnej grze. Niesamowite widowisko mogło regularnego widza Ligue 1 przyprawić o ciężki dysonans poznawczy: ten wspaniały zespół, który od pierwszej sekundy dopadł do piłkarzy Barcelony i odesłał ich do szatni, w niczym nie przypominał ekipy, która występuje na murawie Parc des Princes na co dzień. Na wielkie zwycięstwo złożył się cały szereg małych historii.

Zwyciężył Julian Draxler, piłkarz PSG od zaledwie 6 tygodni, który meldował się we Francji jako znak zapytania. Pytajnik przy nazwisku Niemca został, ale zmieniła się treść pytania: czy mając od początku sezonu tak błyskotliwego, bezczelnego piłkarza Paryż też oglądałby plecy Monaco? Nim nie nadszedł styczeń nikt w Parku Książąt nie mógł przypuszczać, jak bardzo potrzeba tu Króla Juliana. Zwyciężył Angel di Maria, który ma za sobą zapewne najsłabszy okres od przenosin do Ligue 1: frustrował niedokładnością i nie potrafił się zdobyć na choćby pojedynczą iskrę, a na całe tygodnie praktycznie znikał. Na swoją imprezę urodzinową nie mógł jednak nie dotrzeć. Zamiast przyjmować prezenty, podarował swoim kibicom dwa z najpiękniejszych.

Zwyciężył Blaise Matuidi – latem powiedziano mu, że nie jest już w klubie potrzebny i próbowano go wyprosić do Włoch. Teraz jako kapitan wyprowadził PSG na jeden z najlepszych europejskich meczów w historii klubu, w którym robił to co zawsze – gnębił przeciwników przy ich próbach rozgrywania piłki i terroryzował własnymi wejściami lewym skrzydłem, stale schematycznymi i niezmiennie zaskakującymi. Zwyciężył Thomas Meunier, w osiem miesięcy awansujący z powołanego z Brugge rezerwowego reprezentacji Belgii na piłkarza, przed którego szarżą środkiem pola sparaliżowani obrońcy Barcelony chowają się w swojej szesnastce.

Zwyciężyli piłkarze z przeciwnych biegunów – Presnel Kimpembe i Edinson Cavani. Debiutujący w Lidze Mistrzów młodzieniec, na papierze najsłabszy punkt drużyny postawił się potężnej ofensywie i przeszedł chrzest ognia bez najmniejszych obrażeń. Ten drugi, ze swoimi 33 bramkami w 31 meczach, teoretycznie jest w PSG niezastąpiony, ale ciągle ma się wrażenie, że musi wszystkim wokół udowadniać jak ważny jest: swoim przepięknym wykończeniem wbił ostatni gwóźdź do katalońskiej trumny, ale zanim to zrobił, wkładał w mecz tyle tytanicznej pracy, że można by tym ładunkiem energetycznym obdzielić cały atak przeciwników.

Zwyciężył – a raczej: dał wykład ze sztuki zwyciężania – Marco Verratti. Książę Paryża był pomocnikiem rodem z wyobrażeń Barcelony o sobie samej. Odbierał i rozdawał piłki z kunsztem godnym największego artysty. Po jego zejściu przez kilkadziesiąt sekund można się było obawiać, że paryska konstrukcja pozbawiona swojego fundamentu runie, ale dzielnie podtrzymał ją na swoich barkach wierny uczeń Verrattiego i Thiago Motty: Adrien Rabiot. Kolejny piłkarz, dla którego – jak dla Matuidiego – miało nie być miejsca w PSG Emery’ego: w świetle transferu ulubieńca trenera za 30 milionów miał wszak być skazany na wieczną rezerwę.

Największym wygranym był jednak Unai Emery. Tym jednym wieczorem być może usprawiedliwił wszystkie potknięcia i godziny męczącego futbolu, jakimi raczył trybuny Parc des Princes. Po to trafiał do PSG – miał mocno zaznaczyć pozycję stolicy Francji na piłkarskiej mapie Europy. Mocniej zwyczajnie się nie dało: ogromna plama katalońskiej krwi zadba, by przez najbliższe miesiące Paryż rzucał się w oczy na mapach i globusach w każdej skali. Po wieczorze takim jak ten można baskijskiego trenera tylko przeprosić za przekreślenie sensu jego pracy.