21 Lut „Operacja Bielsa” w Lille: fajerwerki z opóźnionym zapłonem

Oficjalnego potwierdzenia doczekała się najgorzej strzeżona tajemnica francuskiej piłki ostatnich miesięcy. Marcelo Bielsa wraca nad Sekwanę, by zrealizować sen o potędze nowego właściciela Lille, Gerarda Lopeza.

Zakontraktowanie El Loco to rzecz jasna kolejne – najbardziej dobitne z dotychczasowych – świadectwo dużych ambicji nowego kierownictwa Les Dogues. Trudno sobie wyobrazić fana Ligue 1, który mając w pamięci styl gry bielsistowskiej Marsylii i towarzyszącą rządom argentyńskiego ekscentryka otoczkę odczuwałby na myśl o jego powrocie cokolwiek innego niż ekscytację. Może prócz grona kibiców Marsylii naiwnie przekonanych co do tego, że jedynym wystarczająco wygodnym siedziskiem na francuskiej ziemi jest dla Bielsy lodówka turystyczna w ich ukochanych barwach.

O ile jednak nie ma wątpliwości, że dla jakości spektaklu pod tytułem „Ligue 1” przybycie Argentyńczyka to wyłącznie korzyść, o tyle trudno o pewność zysku samego Lille. Klub potrzebuje po drążącej go od odejścia Rudiego Garcii nijakości kogoś o takim charakterze i kwalifikacjach, ale trzeba też wziąć pod uwagę, jak bardzo LOSC brakuje w post-mistrzowskiej epoce stabilizacji. Pierwszego lipca Bielsa zostanie wszak szóstym (po Rene Girardzie, Herve Rendardzie, Patricku Collot’cie, Fredericku Antonettim i Francku Passim) szkoleniowcem Dogów w ciągu ostatnich dwóch lat. O przyszłym bossie Lille można zaś powiedzieć wiele dobrego, ale z pewnością nie da się go nazwać gwarantem stabilności i człowiekiem do długofalowych projektów.

Takie podejście przyjęto tymczasem w klubie: choć El Loco przejmie zespół dopiero przed nowym sezonem, w klubie już teraz wszystko podporządkowuje się „operacji Bielsa”. Od 14 lutego drużynę prowadzi bowiem Franck Passi, były asystent Argentyńczyka z czasów Marsylii, o którym po cichu mówi się, że jego głównym zadaniem jest przygotowanie gruntu przed nadejściem właściwego szefa. Jedna perspektywa ukazuje więc Gerarda Lopeza jako prezesa z planem, starającego się uczynić wszystko, by właściwy start jego nowego przedsięwzięcia, a więc pierwszy pełny sezon LOSC pod nowym zarządem odbył się z jak najlepszej pozycji wyjściowej.

W konfrontacji z faktami plan hiszpańskiego biznesmena nie prezentuje się jednak tak spójnie. Postanowienie o przekreśleniu bieżących rozgrywek i potraktowaniu ich jako przedłużony rozbieg przed wejściem w nową erę nie wygląda bowiem na najszczęśliwszy pomysł w kontekście zespołu, który od pierwszej kolejki Ligue 1 tkwi w tabeli w okolicach strefy spadkowej i po kolejnej, choćby krótkiej serii złych wyników może nie wyjrzeć już na powierzchnię. Tutaj trzeba też spojrzeć na Passiego nie jako na forpocztę ery Marcelo Bielsy, ale jako na samodzielnego trenera, stojącego przed realnym, bieżącym zadaniem. W swoim poprzednim klubie Passi jako autonomiczny szkoleniowiec nie dał się zaś poznać jako wybitny fachowiec – gdyby jakikolwiek uwikłany w walkę o przetrwanie klub zatrudnił go w roli strażaka, bez ładunku kontekstowego jaki stoi za byłym piłkarzem Montpellier i Tuluzy w obecnej sytuacji, trzeba by poważnie zakwestionować kontakt decydentów z rzeczywistością.

Zatrudnienie w tej konkretnej funkcji tymczasowego trenera z niewielkim doświadczeniem, który łatwo pogodzi się ze swoją pozycją i nie będzie próbował realizować autorskiej, długofalowej wizji dałoby się jeszcze obronić przy założeniu, że kadra Lille jest w teorii silniejsza od „faworytów” do spadku i na tyle doświadczona, że wystarczyłoby „nie przekombinować”. Klub dokonał jednak zimą ogromnych zmian kadrowych i niezbędne są prace nad nową konstrukcją zespołu, których realne widmo spadku nie pozwala zgodnie z planem Lopeza przesunąć na lipiec.

Zastosowane podejście nie jest oczywiście z góry skazane na klęskę – jeśli uda się bez turbulencji przetrwać do lata, może się jeszcze okazać majstersztykiem – ale LOSC tak czy inaczej uwikłało się w ryzykowną grę z gatunku „wszystko albo nic”. Trudno sobie wyobrazić, że w razie niepowodzenia Marcelo Bielsa bez szemrania podejmie się pracy w Ligue 2. W przeszłości rezygnował ze swoich zawodowych zobowiązań przez nieporozumienia o wiele mniejsze niż ustalenie poziomu rozgrywek na którym ma poprowadzić zespół.

Powodzenia misji Passiego i objęcia sterów przez Bielsę trzeba jednak wypatrywać z ogromną niecierpliwością – determinacja Lopeza w sprawie zatrudnienia Argentyńczyka pokazuje, jak bardzo nowy właściciel Lille wierzy w szkoleniowca, a ponieważ dysponuje środkami do okazania wszelkiego wsparcia, druga wizyta El Loco we Francji może być jeszcze bardziej widowiskowa. W Marsylii nie było dla niego wszak ani tak ogromnego zaufania, ani narzędzi realizacji jego planu – stąd może zresztą wypływać rozgoryczenie części fanów L’OM: w LOSC rzeczywistością ma szansę stać się to, co mogło być udziałem widowni Stade Velodrome.