03 Mar Adieu, Napoleon…

Odszedł piłkarz legendarny, symboliczny i awangardowy. Nie ma w tym wycinku ani w żadnym słowie wystosowanego przez prezesa FFF Noëla Le Graëta pożegnania Raymonda Kopy cienia przesady.

Akcentowanie polskiego pochodzenia zdobywcy Złotej Piłki i piłkarza największej drużyny Realu Madryt kusi, lecz dla niego samego na pierwszym planie zawsze była Francja. Choć jednak nie da się o nim mówić inaczej niż jako o legendzie francuskiej piłki, bez rozdziału o nadwiślańskich korzeniach nie byłoby całej historii Napoleona futbolu.

Syn Franciszka i Heleny Kopaszewskich od małego wiedział, że zawód górnika, który po pierwszej wojnie światowej otworzył jego dziadkom drogę do odbudowującej się Francji, jest pisany także jemu. Pogodzonemu już z losem 14-latkowi polskie nazwisko odebrało szansę na wymarzoną (bo zwyczajnie bezpieczniejszą) profesję kopalnianego elektryka i skazało na najcięższą dostępną pracę. Później jego skrócenie uzasadniał względami praktycznymi – „Kopaszewskiego” przekręcano regularnie na „Kopaczewskiego” – ale doświadczenia ze zdegustowanymi polskim rodowodem Raymonda przełożonymi nie mogły pozostać bez znaczenia. Te co najwyżej przelały zresztą czarę goryczy. Wcześniej, jako małego chłopca, także spotykały go z tytułu pochodzenia wyłącznie przykrości: bywał niesłusznie posądzany o przestępstwa, zaś w szkole odstawał od kolegów, bo jego rodzice rozmawiali w domu wyłącznie po polsku. Samo wspomnienie pracy pod ziemią – o której trudach i niebezpieczeństwach przekonał się w groźnym, choć okupionym tylko utratą palca wypadku – pozostało z nim zaś na zawsze jako przypomnienie o cudem odmienionym losie. Mając w pamięci trudy górniczego żywota nigdy nie potrzebował innej motywacji do maksymalnego poświęcenia sportowej karierze. Tak narodził się Raymond Kopa jakiego poznał później świat.

źródło: fff.fr

Futbol stanowił najlepszą drogę ucieczki przed przykrą rutyną, ale i asymilacji z francuskim społeczeństwem. Kopa od samego początku uchodził za wielki talent, lecz mikra postura sprawiła, że zamiast do skupiających najlepszych spośród imigrantów z robotniczych rodzin Lens i Lille trafił do drugoligowego Angers. Stamtąd po dwóch latach wyłowił go będący u progu budowy legendy Stade Reims i swojej własnej Albert Batteux. W Reims takich jak Raymond – dzieci i wnuków polskich gastarbeiterów, szukających miejsca w swoim kraju – było więcej. Simon Zimny, Robert Siatka czy Léon Glovacki (którego Kopa mimo późniejszej gry u boku m.in. Justa Fontaine’a, Ferenca Puskasa i Alfredo Di Stefano wymieniał jako ulubionego boiskowego partnera) stworzyli wraz z Jeanem Vincentem, Michelem Leblondem czy Michelem Hidalgo wspaniałą drużynę, do dziś pamiętaną jako najlepszą w dziejach klubu i jedną z najlepszych w historii francuskiej piłki w ogóle. Grali widowiskowy futbol będący obiektem licznych naśladowań, a swoją szybkością i techniką gnębili wielkie europejskie zespoły – zaś Kopaszewski był spośród piłkarzy Batteuxa najlepszy.

Grywał na wszystkich ofensywnych pozycjach, bo nie było niczego, czego nie potrafiłby robić na najwyższym poziomie. Strzelał gole, wyśmienicie podawał, a nade wszystko słynął z niesamowitych dryblingów. Skłonność do tych ostatnich była na początku pobytu Kopy w Reims krytykowana, ale wyrastający z roli zwyczajnego trenera do mentora przyszłego Napoleona Batteux pozostawał ich gorącym zwolennikiem. Chcąc uchronić Raymonda przed motywowaną zarzutami z zewnątrz zmianą stylu gry groził mu: Jeśli przestaniesz dryblować, wyrzucę cię z drużyny! Racje trenera znalazły potwierdzenie bardzo szybko – już w drugim sezonie w najwyższej lidze piłkarz do spółki z Glovackim i Holendrem Bramem Appelem zapewnił klubowi tytuł. Niedługo potem skończył 21 lat i wreszcie mógł przyjąć upragnione francuskie obywatelstwo, co obaliło ostatnią przeszkodę na drodze do spełnienia kolejnego marzenia Kopy: gry w reprezentacji.

Chętnie mówił o dumie z gry we francuskich barwach i o przeżyciach towarzyszących uroczystym wykonaniom Marsylianki przed narodowymi meczami, ale jeśli uzyskanie obywatelstwa i gra w kadrze miały być dla niego ostatecznym aktem afirmacji francuskiej tożsamości, to pierwsze lata w roli reprezentanta rozminęły się z jego oczekiwaniami. Był wprawdzie regularną częścią zespołu i w 1954 roku wyjechał z nim na Mistrzostwa Świata do Szwajcarii, lecz wyprawa nie przysłużyła się wzmocnieniu jego przeświadczenia o przynależności do ogółu Francuzów. Les Bleus przegrali otwierający mecz z Jugosławią, a kozłem ofiarnym po porażce został Kopa – krytykowano go między innymi za to, że współpracował tylko z nieskutecznym tamtego dnia klubowym kolegą Glovackim. Po spotkaniu na piłkarzy czekał w szatni wściekły kibic, który obrzucił całą drużynę wyzwiskami, zaś do Raymonda krzyknął: Wracaj do kopalni, tam jest twoje miejsce! Nie pomogło zwycięstwo z Meksykiem odniesione po bramce Kopaszewskiego w końcówce gry; Francuzi odpadli z turnieju.

Nowy rozdział w reprezentacyjnych losach Kopy otworzyła zmiana na stanowisku selekcjonera: po mundialowej klęsce o pogodzenie tej funkcji z pracą w Reims został poproszony Albert Batteux. W debiucie nowego szefa Trójkolorowi mieli się towarzysko zmierzyć z opartą na gwiazdach Realu Madryt reprezentacją Hiszpanii. Wedle powszechnych przewidywań drużyna Batteuxa nie miała nawet podjąć równej rywalizacji – były selekcjoner Gabriel Hanot pisał w L’Equipe: zaskoczeniem nie będzie porażka nawet czterema golami, a o zwycięstwie nie ma co marzyć. Mecz rozpoczął się zgodnie z oczekiwaniami opinii publicznej, lecz Batteux błyskawicznie zareagował na straconą bramkę przesuwając osamotnionego na prawym skrzydle Kopę do środka boiska. Zmiana poskutkowała – Francja odwróciła wynik meczu i sensacyjnie zwyciężyła Hiszpanów po golu i asyście Kopaszewskiego, który rozegrał tamtego dnia swój najlepszy reprezentacyjny mecz. Gwiazdor Reims zachwycił prasę swoją zwinnością, wizją gry i precyzją zagrań. Słynny angielski dziennikarz Desmond Hackett relacjonując spotkanie napisał z nietypowym dla siebie zachwytem: tego popołudnia ujrzałem jednego z największych graczy naszych czasów. Nazywa się Raymond Kopa. W tym samym tekście ochrzcił również Francuza mianem Napoleona futbolu. Tamtym wyjątkowym występem piłkarz zwrócił na siebie nie tylko uwagę prasy. To wówczas, 17 marca 1955 roku, za swój cel obrali go Królewscy.

Zanim Kopa przywdział biel, zdobył z Reims jeszcze jedno mistrzostwo Francji, które dało klubowi możliwość udziału w pierwszej edycji Pucharu Europy. Niespodziewanie drużyna Batteuxa wiedziona fantastyczną grą swojego najlepszego piłkarza dotarła do finału, w którym przyszło jej rywalizować z pozostającym od miesięcy w kontakcie z Raymondem Realem. Do samego końca nie było jasne, czy kontuzjowany Kopa będzie w stanie wystąpić, lecz ostatecznie – także w obawie przed oskarżeniami o celowe opuszczenie spotkania z przyszłym klubem – zdecydował się zagrać. Czerwono-Biali zagrali z Hiszpanami jak równy z równymi, lecz chociaż napisali widowiskowym występem piękną historię, przegrali 3:4, zaś Real rozpoczął swą niesamowitą serię pięciu zwycięstw w Pucharze Europy z rzędu. Kopaszewski dołączył do madryckiego zespołu, a jego znakomita gra w drodze do finału prócz transferu zapewniła mu także trzecie miejsce w pierwszym plebiscycie Balon d’Or. Za lepszych od Francuza uznani zostali Anglik Stanley Matthews i jego nowy kolega z klubu, Alfredo Di Stefano.

źródło: gettyimages

W Realu Kopa był jednym z ważniejszych zawodników i walnie przyczynił się do zdobycia trzech kolejnych Pucharów – w tym jednego po finałowym meczu z Reims – choć w drużynie zdominowanej przez Di Stefano i Puskasa nie mógł już się cieszyć statusem największej gwiazdy. Nie stracił go natomiast w reprezentacji, gdzie zyskał znakomitego partnera w osobie swojego następcy w zespole Reims – Justa Fontaine’a – i cztery lata po klęsce w Szwajcarii odpracował wszystkie (tak faktyczne, jak i urojone przez kibiców) winy. Inspirowana popisową grą Kopy Francja dotarła w szwedzkim mundialu do półfinału gdzie uległa zmierzającej po swoje pierwsze Mistrzostwo Świata Brazylii. W meczu o trzecie miejsce Les Bleus pokonali urzędujących mistrzów, RFN, aż 6:3. Przywieziony ze Szwecji brązowy medal i cztery turniejowe trafienia wystarczyły, by dziennikarze mianowali Raymonda Kopę najlepszym piłkarzem Europy. Na kolejnego zdobywcę Złotej Piłki Francja musiała czekać równo ćwierć wieku.

Rok później, po zdobyciu swojego trzeciego Pucharu Europy, Kopa mimo starań Realu opuścił Hiszpanię i wrócił do Reims. Decyzję tę podjął jednak z nietypowych przyczyn – prócz nasycenia sukcesami i problemów zdrowotnych do powrotu miały go nakłonić kłopoty finansowe funkcjonującej we Francji fabryki soków Kopa, w którą inwestował. Piłkarz był zresztą znany z przedsiębiorczości – zasłynął także handlując prawami do swojego wizerunku (użyczył go m.in. producentowi papierosów Camel). O tym jak intensywnie myślał o przyszłości świadczą nie tylko pozapiłkarskie interesy; już podpisując umowę z Realem Madryt zabiegał o skonstruowanie jej tak, by któregoś dnia móc bez przeszkód powrócić do klubu swojego życia. Odkąd w 1959 roku dopiął swego, rozegrał w Szampanii jeszcze 244 mecze (przy okazji pierwszego pobytu zaliczył ich 158) i wygrał dwa kolejne tytuły Mistrza Francji.

Był także zmuszony obserwować z bliska początek końca klubowej potęgi lat 50.: po odejściu Alberta Batteuxa Czerwono-Biali spadli do drugiej ligi, lecz 34-letni wówczas Kopa pozostał w drużynie i pomógł jej powrócić na najwyższy szczebel. Karierę zakończył w 1967 roku, po konflikcie z niegdysiejszym kolegą z drużyny i ówczesnym trenerem Reims, Bobem Jonquetem. Spór z byłym przyjacielem zanadto przyśpieszył decyzję Kopy o emeryturze i pozbawił świat kilku dodatkowych sezonów gry wielkiego piłkarza. Po odejściu z klubu Raymond utrzymywał na tyle dobrą formę, że jeszcze w wieku 42 lat przyciągnął zainteresowanie rodzącego się Paris Saint-Germain, które jednak nie zdołało namówić go do powrotu do gry. Nigdy nie wrócił do futbolu w innym charakterze – bez wahania porzucił ten świat, zajął się przedsiębiorczością i osiadł na Korsyce, którą według słów samego Kopaszewskiego zasugerował mu nadany przez Hacketta słynny pseudonim.

Raymond Kopa był pionierem: pierwszym francuskim finalistą i zdobywcą Pucharu Mistrzów, pierwszym Francuzem ze Złotą Piłką i pierwszym liderem silnej reprezentacji Les Bleus. W rzeczy samej, stał się archetypem wielkiego francuskiego gracza: widowiskowego, eleganckiego na boisku i poza nim, ale także wywodzącego się z mniejszości narodowej i ukształtowanego przez związane z tym trudności. To frazes, ale w tym wypadku nie będzie przesadzony – druga taka postać już się francuskiej i europejskiej piłce nie trafi, bo nikt drugi raz nie napisze tej opowieści jako pierwszy. Piłka straciła ikonę, o której nigdy nie może zapomnieć. Żegnaj, Napoleonie.

Eryk Delinger


A tu możecie dowiedzieć się więcej o legendarnej drużynie Stade Reims, w której błyszczał Raymond Kopa: http://leballonmag.pl/2017/01/13/szampanskie-lata-50/