04 maja Maszyna Puela na usługach Favre’a

Ileż się przez ten rok w Nicei pozmieniało! Nowi właściciele, nowy trener, nowe gwiazdy, a na sam koniec – prawie nowa, bo niewidziana w tym klubie od czterech dekad pozycja na finiszu ligi. Sukces Orląt jest tym bardziej niesamowity, że po najlepszej od tylu lat kampanii nie sposób wskazać – przynajmniej wśród zawodników – bohaterskie indywidualności, które miałyby przejść do historii jako szczególnie odpowiedzialne za sukces.

Pochwały za wprowadzenie Nicei na największą scenę Europy będzie zbierał, zupełnie zasłużenie rzecz jasna, Lucien Favre. Konieczność skonstruowania nowej drużyny sprowokował letni exodus, ale Szwajcar nie zamierzał się przed nią bronić i z własnej inicjatywy poprzestawiał także klocki, które można było śmiało zostawić na miejscu. Powiedzieć, że zastępując Claude’a Puela wywrócił wszystko do góry nogami i stworzył lepszą drużynę od zera byłoby jednak przesadą, nawet jeśli tylko lekką. Stosunkowo niewielki spadek, jaki zostawił sobie po poprzedniku, posłużył wszak za kamień węgielny nowej budowli.

W bramce miejsce zatrzymał odchowany za Puela Yoan Cardinale, obroną pokierował jako kapitan Paul Baysse, zaś Alassane Plea odwalił sporą część obowiązków, które miały należeć do Mario Balotelliego. Epitomem sposobu, w jaki dokonała się favre’owska transformacja zespołu jest jednak Jean Michaël Seri – piłkarz równie niezbywalny w koncepcjach byłego i obecnego trenera Les Aiglons, lecz zupełnie inny w obu układankach.

U Puela Seri był podstawowym piłkarzem od dnia debiutu i takim pozostał na cały sezon 2015/16. Okazał się najbardziej niezawodnym żołnierzem trenera: zagrał we wszystkich 38 kolejkach i tylko trzykrotnie nie wyszedł na boisko w pierwszej jedenastce. Jako pracowity i rewelacyjny kondycyjnie pomocnik perfekcyjnie wpasował się w rolę elementu równoważącego drugą linię Nicei. Ani słynący ze świetnych rezultatów w destrukcji Nampalys Mendy, ani doskonale rozprowadzający piłkę Vincent Koziello nie byliby tak efektywni, gdyby nie wsparcie reprezentanta WKS.

Jean Michaël znakomicie uzupełniał zarówno braki Mendy’ego w posuwaniu gry do przodu, jak i siłowe czy pozycyjne niedostatki młodego Kozielly, a do tego dorzucał łatwość wchodzenia w ostatnią tercję boiska z piłką przy nodze, jaką nie mógł się poszczycić żaden z jego partnerów. Mimo niezłych indywidualnych wyników (3 gole, 6 asyst), z perspektywy „skrótowo-nagłówkowej” pozostawał jednak zaledwie elementem dekoracji – najmniej chwalonym z trójki świetnych pomocników, którzy jako formacja byli tylko platformą dla popisów Hatema Ben Arfy.

Może właśnie brak w zespole według planu Favre’a piłkarza w typie HBA – centralnego w ustawieniu, a także w schemacie konstruowania ataków – sprawił, że Seri wydostał się u Szwajcara z drugoplanowej roli, choć wydawał się do niej predestynowany. Znów miał mieć nieopierzonego partnera obok i znakomitą „dziesiątkę” przed sobą, a w dodatku stracił bezpiecznik za plecami: po sprzedaży Mendy’ego to 25-latek zapowiadał się w nowym zestawieniu pomocy Nicei na obarczonego największym ładunkiem obowiązków obronnych. Okazało się jednak, że zmiana systemu otworzyła przed nim nowe możliwości – dzięki zwiększonej liczbie pomocników dodatkowa praca łatwo rozłożyła się na kilku graczy, młodziutki Wylan Cyprien jako cofnięty rozgrywający wygodnie rozsiadł się (przynajmniej na pewne okresy w trakcie meczów) na pozycji najbliżej obrońców, a Younes Belhanda wypracował nawyk poszukiwania przestrzeni przy linii bocznej. Zwłaszcza ten ostatni manewr pozwolił Seriemu na częstsze przejmowanie pierwszych skrzypiec w centrum boiska.

W elastycznym 3-5-2 JMS wydeptał sobie przestronny korytarz pod wrogą szesnastkę i wykorzystywał go nie tylko do holowania piłki dla zdolniejszych kolegów, ale też do tkania z nimi kombinacyjnych akcji i wbiegania w pole karne w roli niespodziewanego egzekutora. W nowych warunkach wyrósł w końcu na „team playera” zupełnie innego gatunku niż u Puela – w trakcie wzmożonych ofensywnych wypadów objawił się jako specjalista od ostatnich podań, i to na tyle pewny, że wywalczył sobie prawo do wykonywania sporej części stałych fragmentów. Nowego statusu nie pozbawiło go już wymuszone kontuzjami Cypriena i Alassane’a Plei przejście do 4-5-1; grając w tym wariancie obok Kozielly ma oczywiście większą odpowiedzialność i musi być w swoich eskapadach rozważny, ale nie sposób było dla organizacji zespołu całkowicie zrezygnować z odkrytego w Serim ofensywnego potencjału.

Można by tę laurkę zacząć od statystyk i zamknąć ją w kilku zdaniach, ale jako puenta opowieści o rozwoju pracującego w cieniu pomocnika box-to-box liczby będą robiły jeszcze większe wrażenie: po 31 meczach (tym razem Seri cztery spotkania opuścił – dwa z wyboru trenera, dwa przez Puchar Narodów Afryki, wciąż żadnego przez niewydolność organizmu) pomocnik jest z sześcioma golami i dziesięcioma asystami liderem klubowej klasyfikacji kanadyjskiej, a w całej lidze wśród asystentów wyprzedza go tylko najlepszy w Europie Morgan Sanson. Wynik to tym bardziej niebywały, że przygodnego widza Jean Michaël wciąż nie ma prawa uwieść gracją poruszania się po boisku i subtelnymi błyskami sygnalizującymi „tak, ten chłopak daje swojej drużynie wielkie rzeczy”.

Po części pewnie dlatego Seri nie zostanie ikoną wspaniałego sezonu OGC nawet jeśli wygra nicejską „kanadyjkę” – koniec końców nie jest wcale piłkarzem magicznym, widowiskowym, ani modnym, i nie wyróżnia się na tle drużyny jak choćby przywoływany już Ben Arfa; jest po prostu trybikiem doskonale spełniającym swoje zadania. Ot, tak u Favre’a, jak u Puela – maszyną w maszynie, niezawodnym żołnierzem trenera.

Eryk Delinger
(@E_Delinger)

Tagi: