25 maja L’art de la chute

Życiorys Mathieu Valbueny nie jest typową historią o wielkim upadku, tudzież spektakularnym powrocie na szczyt – na jego opowieść składa się seria mniejszych i większych zakrętów, które niejednego piłkarza na zawsze wyrzuciłyby poza trasę do wielkich sukcesów.

Pierwszy cios zadano mu w juniorskiej drużynie Girondins de Bordeaux, gdzie występował obok m.in. Rio Antonio Mavuby czy Marouane’a Chamakha. Nastoletni Valbuena dowiedział się wówczas, że jest zbyt drobny, a jego styl gry zbyt indywidualistyczny i podwórkowy, by kiedykolwiek znalazło się dla niego miejsce w profesjonalnym futbolu. Był to 2003 rok. Od momentu, w którym wszystkie te cechy staną się znakiem rozpoznawczym Mathieu, pomocnika dzieliło sześć czy siedem sezonów.

Wówczas, z dnia na dzień, z jednego z największych francuskich klubów Valbuena musiał przenieść się w głąb nadsekwańskiego systemu ligowego – aż na piąty szczebel, do amatorskiego Langnon-Castets. Powrotny marsz ku zawodowstwu rozpoczął niemal natychmiast – jeden sezon w Championnat de France amateur 2 wystarczył, by przekonać skautów trzecioligowego Libourne. Tam piłkarz zaczął się naprawdę rozwijać: o ile w pierwszym roku pozostawał na obrzeżach przeciętnie radzącego sobie w Championnat National zespołu, o tyle w kolejnych rozgrywkach wziął na siebie rolę lidera i swoimi dziewięcioma bramkami poprowadził drużynę do Ligue 2.

Kolejnego stojącego przed Libourne wyzwania Mathieu nie podjął – po miniaturowego pomocnika zgłosił się bowiem wielki rywal jego macierzystego Bordeaux, Olympique Marsylia. Po trzech latach od brutalnego pożegnania z profesjonalną grą tuż u jej progu, młody pół-Bask znów był na swoim miejscu. Pierwsze kroki w olimpijskiej ekipie przyniosły jednak kolejne trudności. Rzeczywistość zaczęła nieśmiało legitymizować obawy dawnych trenerów: 22-latek nie radził sobie z obciążeniami treningowymi w pierwszoligowym klubie. Chociaż Albert Emon szybko pozwolił zadebiutować nowemu nabytkowi w meczu o stawkę, piłkarz nie zdołał podtrzymać wiary trenera i oddalił się od wyjściowej jedenastki. Jeśli o powrocie do klubu występującego w Ligue 1 można mówić jako pełnym kole zatoczonym przez prywatną historię Valbueny, to kolejny krok ex-Żyrondysta mógł poczytywać za sygnał do startu drugiego okrążenia – jego pozycja w L’OM była w pewnej chwili tak słaba, że znów wylądował w piątej lidze; tym razem jako zawodnik marsylskich rezerw.

Do standardów pierwszej drużyny dorósł jeszcze przed końcem debiutanckiego sezonu, który zwieńczył pierwszym ekstraklasowym golem, gwarantującym Marsylii awans do kolejnej edycji Champions League. Po wakacyjnej przerwie Valbuena stawił się w klubie w szczytowej dyspozycji i wywalczył sobie rolę jednego z liderów wymuszonej odejściami Francka Ribéry’ego i Habiba Beye’a rewolucji. Wraz z ochrzczonym „nowym Zidanem” Samirem Nasrim i świeżo mianowanym kapitanem Lorikiem Caną miał stanowić trzon nowej drużyny. Chociaż miewał kłopoty z utrzymaniem formy, pod batutą zatrudnionego po dziewięciu kolejkach Ligue 1 Erica Geretsa, jego ponadprzeciętne zdolności zaczęły coraz częściej dochodzić do głosu: na własnym podwórku Francuz uderzeniem z 30 metrów w meczu z Caen ustrzelił nagrodę za gola sezonu, zaś w dziewiczej kampanii w Lidze Mistrzów swoją bramką przeciwko Liverpoolowi zapewnił Marsylii historyczne zwycięstwo na Anfield.

Nie słynął ze skuteczności, lecz swoją błyskotliwością i bezczelnymi dryblingami bez reszty rozkochał w sobie zarówno trenera, jak i fanów klubu. Pewne miejsce w podstawowej jedenastce, nowy kontrakt z adekwatną podwyżką i pieszczotliwy przydomek od kibiców (le petit vélo – „Motorek”) – wszystko układało się idealnie, Mathieu Valbuena zaczynał być w Olympique’u Marsylia kimś naprawdę ważnym. Wtedy nadszedł czas na jeden z bardziej przewidywalnych zwrotów akcji w futbolu: Erica Geretsa zastąpił Didier Deschamps.

Tak jak w 2007 roku Valbuena okazał się jednym z beneficjentów przewrotu, tak dwa lata później miał paść ofiarą kolejnego. Deschamps w pierwszych tygodniach pracy wręczył bilety w jedną stronę m.in. Canie, Karimowi Zianiemu i doświadczonemu Bolo Zendenowi. O swojej nieprzystawalności do koncepcji nowego szkoleniowca poinformowany został także Valbuena. Pomocnik postawił się legendzie klubu i mimo groźby karnego zesłania do rezerw nie pozwolił się wypchnąć ze Stade Vélodrome. Nowy trener L’OM blefował tylko do pewnego stopnia: nie wyrzucił Mathieu z pierwszej drużyny, ale długo nie przewidywał dla niego startowej pozycji innej niż siedząca. Upokorzony piłkarz przyłożył się do pracy bardziej niż kiedykolwiek i po półrocznym okresie zimnej wojny z przełożonym wreszcie otrzymał od losu upragnioną szansę. W lutym 2010 zmuszony sytuacją kadrową Deschamps wyznaczył Mata do gry w wyjściowym składzie.

Niesiony ambicją piłkarz do końca sezonu nie pozwolił się odesłać na ławkę i z tygodnia na tydzień rósł na bohatera kroczącego po dublet zespołu. Pierwszy był Puchar Ligi, a w jego ramach gole Valbueny w półfinale i finale (ten drugi, któż by się spodziewał, przeciwko Bordeaux). Później, na ostatniej prostej rozgrywek, seria trzech ligowych meczów z bramką z rzędu. Wszystkie trzy trafienia dawały Marsylii, bezcenne w walce o mistrzostwo, zwycięstwa. Tak zawodnik, który dziesięć miesięcy wcześniej usłyszał od Deschampsa-trenera „nie będziesz mi potrzebny” przyczynił się do zdobycia przez L’OM pierwszego tytułu od czasu Deschampsa-kapitana. Tytuł ów wyrwał z rąk, jakżeby inaczej, Girondins de Bordeaux.

W ciągu zaledwie trzech miesięcy Mathieu awansował z gracza niechcianego, jeśli nie otwartego wroga, na ulubieńca trenera. Oddanym fanem drobnego piłkarza Didier Deschamps miał zostać na lata, by z czasem przenieść owo uwielbienie na grunt reprezentacyjny. – Od początku kadencji DD jako selekcjonera w lipcu 2012 do końca Mundialu w 2014 Valbuena figurował w wyjściowej jedenastce Francuzów na 20 z 27 spotkań, zaś sześciokrotnie wchodził z ławki rezerwowych. Zanim jednak do tego doszło, w nagrodę za odbicie się z pozycji, w której rozważał transfer z klubu dla ratowania resztek piłkarskiej godności, otrzymał pierwsze powołanie do seniorskiej reprezentacji. Nie miał szczęścia, bo wyjazd na Mistrzostwa Świata w RPA był dla debiutanta niczym innym, jak biletem do pierwszego rzędu na ponury spektakl o samodestrukcji kadry Raymonda Domenecha. Strajk reprezentantów w żaden sposób nie zaszkodził dalszej karierze Mata w narodowym zespole, lecz 21 minut gry na turnieju z pewnością nie było warte dopisania do życiorysu udziału w największej XXI-wiecznej kompromitacji Les Bleus.

Przykra przygoda w Afryce nie zdołała wybić Valbueny z rytmu przed kolejnym sezonem – pierwszym rozpoczętym w roli podstawowego gracza drużyny DD. Rok był dla pomocnika całkiem udany – tym bardziej, że okraszony drugim zwycięstwem w Pucharze Ligi z rzędu – ale miał stanowić tylko przygrywkę przed najlepszym okresem w jego karierze. Jak na ironię, czas rozkwitu Mathieu zbiegł się z początkiem końca Olympique’u jako zwycięskiego klubu. Z perspektywy samego piłkarza rozgrywki 2011/2012 były wspaniałe – 9 goli i 16 asyst w 49 meczach to do dziś jego osobisty rekord, w dodatku uświetniony jeszcze jednym medalem zdobywcy Coupe de la Ligue. Doskonała gra Valbueny nie wystarczyła by uchronić Marsylię przed szybującym lotem w przeciętność: zaledwie 12 miesięcy po wicemistrzostwie klub finiszował w tabeli na 10. pozycji, zaś decyzję o zmianie trenera podjęła za L’OM Francuska Federacja Piłkarska – Deschamps opuścił Vélodrome (i swojego ulubieńca) na rzecz reprezentacji.

Nowego szefa, Eliego Baupa, Mathieu przywitał już jako niekwestionowana gwiazda zespołu i całej Ligue 1. Francja doskonale znała go już jako szybkiego dryblera, wybitnego kreatora, ale też piłkarza wyciskającego maksimum ze swojej postury i chętnie wczuwającego się w rolę „tego mniejszego”, stale poszkodowanego przez silniejszych rywali. Rozwój umiejętności czysto piłkarskich wyraźnie osłabił zdolność Mathieu do walki z grawitacją, co sprawiło, że adoratorów swojego talentu miał już tylko wśród kibiców własnego klubu – poza Stade Vélodrome mógł liczyć wyłącznie na hurtowe ilości przysłaniającej wszelki podziw nienawiści. Swój gwiazdorski status, ze wszystkimi jego zaletami i wadami, potwierdził jako podopieczny Baupa: niemal powtórzył indywidualne wyniki (5 goli, 14 asyst), a jako piłkarz nieco odbudowanej i znów wicemistrzowskiej Marsylii dawał się nienawidzić bez krzty wyrzutów sumienia.

Dobrodziejstwo perspektywy pozwala z pełnym przekonaniem uznać, że to był moment, by korzystając z reputacji czołowego rozgrywającego ligi zrobić krok naprzód. Piłkarz go przegapił – został w klubie na kolejny, nijaki dla niego i drużyny sezon, by w 2014 roku popełnić podwójny błąd: u progu krótkiej acz ekscytującej epoki Marcelo Bielsy zrezygnować z Marsylii na rzecz Dynama Moskwa. Decyzja o transferze była równie wyrachowana jak jego liczne kontrolowane lądowania na murawie. Z wielu ofert, napływających po Mundialu m.in. z Premier League, Valbuena wybrał opcję najkorzystniejszą finansowo i ani przez chwilę się z tym nie krył. W Rosji pomocnik nie zawodził – ale życie i gra na Wschodzie najwyraźniej zawiodły jego, skoro rok później nie bacząc na konsekwencje bez wahania wykorzystał szansę powrotu do ojczyzny zapewnioną mu przez rywala Marsylii, Olympique Lyon.

Jeśli liczył, że w erze dominacji innego, większego wroga Marsylczycy odpuszczą mu zdradę, nie mógł się bardziej pomylić. Przy okazji wizyty na Vélodrome w nowych barwach Mathieu został błyskawicznie pozbawiony złudzeń co do pobłażliwości byłych wielbicieli – ultrasi uhonorowali jego przybycie wieszając (w pełnym tego słowa znaczeniu) na swojej trybunie kukłę-podobiznę Valbueny i ciskając w stronę żywego odpowiednika liczne dowody afektu, czym koniec końców doprowadzili do przerwania meczu. Ani wówczas, ani na przestrzeni całego sezonu pomocnik nie zdołał swoją grą uciszyć dawnych fanów bądź zdobyć serca nowych. Możliwości odbudowania formy pozbawił go skutecznie odciągający myśli od boiska szantaż, którego Francuz padł ofiarą.

Co gorsza, grożący ujawnieniem seks-taśmy z udziałem Valbueny przestępcy do kontaktu z piłkarzem Lyonu wykorzystali jego reprezentacyjnego kolegę, Karima Benzemę. Gdyby sama sytuacja oraz fakt współudziału człowieka z bliskiego otoczenia nie były dla gracza wystarczającym mentalnym obciążeniem, zawodnik został za swą krzywdę dodatkowo pognębiony wykluczeniem – jesienią, gdy afera wyszła na jaw, „dla dobra atmosfery w zespole” został potraktowany tak samo jak oprawca i pominięty przy powołaniach na mecze eliminacyjne Euro, choć oficjalnie o zawieszeniu nigdy nie było mowy. O słuszności takiej decyzji Deschampsa (i zapewne federacji) mogło świadczyć to, że u szczytu zamieszania próżno było szukać głosów poparcia kadrowiczów dla mało popularnego w szatni Valbueny – w świetle bogato udokumentowanej skłonności Les Bleus do wewnętrznych podziałów obawy o atmosferę nie były urojone. Gdy nadszedł czas ogłoszenia kadry na turniej, selekcjoner nie potrzebował już wymówek, bo piłkarz po złym pod każdym względem sezonie nie miał nic wspólnego z reprezentacyjną formą.

Pierwszy rok w Lyonie był bowiem dla Mathieu Valbueny koszmarem. Czego nie odebrał skandal obyczajowy i wynikła z niego kiepska kondycja mentalna, zabrały playmakerowi prześladujące go kontuzje. Kiedy pojawiał się na murawie, stale był jednym z najsłabszych piłkarzy OL i w końcu definitywnie stracił miejsce w jedenastce Les Gones na rzecz 19-letniego Maxwela Corneta – a to dla wystarczająco już sfrustrowanego (ex-)gwiazdora był ostateczny cios. Latem został ogłoszony wielkim zakupowym błędem klubu i mówiło się, że trafił na listę transferową prezesa Jeana-Michela Aulasa. Wbrew plotkom tamto okienko zakończył jednak jako piłkarz Olympique’u.

Wygląda na to, że kieszonkowego pomocnika nie da się złamać. Już wydawało się, że miniony sezon będzie dlań ponurą kontynuacją poprzedniego – margines zespołu, ciągłe kontuzje, wszechobecna krytyka. Wszystko zmieniło się, kiedy w listopadzie zastąpił, w przerwie przegrywanego meczu z PSG, Macieja Rybusa. Kilka minut po wejściu wyrównał wynik pięknym golem i choć ostatecznie nie dał Lyonowi choćby punktu, od tamtej pory przez długie tygodnie nie oddał nikomu miejsca w zespole Bruno Genesio. Wypracował wówczas pierwszą w karierze serię czterech ligowych meczów z bramką i znów był na ustach wszystkich. W rekordowym okresie znów obudził sobie także skłonność do dręczenia byłych klubów – w pewnie wygranym meczu odgryzł się kibicom Marsylii pięknym trafieniem.

Nowy rok zamiast stabilizacji przyniósł jednak kolejną walkę: ze sprowadzonym za 25 milionów euro Memphisem Depayem. I tym razem miał być stracony, a wciąż walczy, choć Depay w barwach OL nie zawodzi. Jeśli rzeczywiście Mat zażegnał swoje problemy na dobre i także w kolejnym sezonie podejmie rywalizację z uprzywilejowanym, młodszym, lansowanym na gwiazdę graczem, nie pozostawi już wyboru – trzeba będzie uznać go za specjalistę w wydostawaniu się z piłkarskiego niebytu.

Eryk Delinger
(@E_Delinger)


Tekst ukazał się pierwotnie w 4. numerze e-magazynu Sofa Sport, który możecie w całości przejrzeć tutaj.