29 Cze Żegnaj Loulou

Zmarł jeden z najbardziej charyzmatycznych ludzi związanych z francuską piłką. W dniu swoich 74. urodzin odszedł Louis Nicollin. Właściciel Montpellier HSC, z którym w 2012 roku sięgnął po jedyne w historii klubu mistrzostwo Francji. Słynął z kontrowersyjnych wypowiedzi, które na stałe wpisały się do historii Ligue 1. „Król śmieciarzy”, który zakochał się w futbolu.

Około godziny 17:50, pojawiły się pierwsze doniesienia, że Nicollin został przewieziony do szpitala. Według relacji mediów, wraz z rodziną świętował swoje urodziny w jednej z restauracji na obrzeżach Nimes. Po zjedzeniu obiadu chciał wstać od stołu, ale upadł. Rodzina bardzo szybko zareagowała i wezwała pomoc. Jak się okazało, dostał ataku serca. Niestety do szpitala trafił już w bardzo poważnym stanie. Blisko godzinę później sieć obiegła informacja o jego śmierci.

Pierwsze, co przychodzi do głowy, kiedy myśli się o Loulou, to sezon 2011/2012, kiedy Montpellier zdobyło mistrzostwo Francji. Podczas świętowania tego sukcesu wyskoczył do ludzi z włosami zafarbowanymi w barwy swojego klubu. Zawsze był sobą, na luzie, bez żadnej maski i tabu. Potrafił być zabawny, chociaż czasem balansował na krawędzi – niejednokrotnie przekraczając granice. Pedrettiego nazwał „pedałem, który manipuluje sędzią”, za co dostał dwa miesiące zawieszenia. Prawdopodobnie nie żałował swoich słów ani przez chwilę. Najpierw mówił, później myślał.

„Montpellier mistrzem? Na miejscu marsylczyków, paryżan, kibiców Lyonu, Lille czy Rennes… wetknąłbym sobie kiełbasę w tyłek. Wtedy poziom upokorzenia byłby adekwatny do tego, który obecnie fundujemy im na boisku.

Loulou rządził firmą przetwarzającą śmieci i stąd wzięło się określenie „król śmieciarzy”. Był to rodzinny interes, więc kiedy zmarł jego ojciec, nie miał wyjścia i musiał przejąć władzę w przedsiębiorstwie znanym pod jego nazwiskiem. Z czasem zapragnął by o Nicollinach mówili także w świecie futbolu, więc połączył przyjemne z pożytecznym. Przejął władzę w MHSC w 1974 roku. Wtedy klub pod każdym względem był inny. Montpellier rozbijało się po ligach regionalnych, ale w ciągu ośmiu lat awansowało do najwyższej klasy rozgrywkowej. W trakcie jego rządów, wśród piłkarzy nie brakowało „bałwanów”, ale również artystów takich jak Cantona, Paille, Valderrama, Milla, Di Nallo, Júlio César, Blanc, Rust, Giroud, Belhanda.

Ten klub i on stanowili jedność. Mówiłeś Montpellier, myślałeś Loulou – i na na odwrót. Klub znikąd, dla którego luksusem było rzucenie wyzwania Manchesterowi United w Pucharze Zdobywców Pucharów. W swoją drugą miłość nie chciał inwestować bez wyobraźni. Nawet przed mistrzowskim sezonem na transfery wydał zaledwie 2 miliony euro. „Piłkarzom i tak płacę więcej niż kochankom, które przynajmniej potrafią mi sprawiać przyjemność”.

Potrafił wbić szpilkę każdemu. Oberwało się nawet nowemu właścicielowi Olympique Marsylii. Nicollin był gościem w radiu RMC Sport i został zapytany o zmiany w OM: „ Och, Marsylia… Marsylia… Myślę, że w ciągu sześciu miesięcy, McCourt odejdzie. Musi, bo nie będzie w stanie odnaleźć się w tej kulturze” – po chwili dodał: „Zawsze witam moich przyjaciół, to prawda. On nie będzie moim przyjacielem. Nie mówię po angielsku. „

Swego czasu bardzo często za cel swoich drwin obierał PSG. Gdy do Paryża przychodził Maxwell, prezes w swoim stylu pytał, czy chodzi o markę kawy, a w jednym wywiadzie przyznał, że Rolanda Courbisa ceni wyżej od Carlo Ancelottiego, bo ten pierwszy awansował do ligi „mając w drużynie pół-Mongołów”. Nawet fryzura zrobiona specjalnie na mistrzowską fetę miała być karykaturą stylu uczesania Jeremy’ego Meneza.

Kolekcjonował koszulki piłkarskie. Posiadał jedną z największych kolekcji na świecie. Jego zbiór liczy około 4500 sztuk. Francuscy fani nie mogą go obejrzeć, ale mogą kupić biografię właściciela klubu, opowiadającą historię jego życia w piłce, wydaną w 2011 roku w formie… komiksu. Zawsze obracał się wśród największych osobistości. Było tak, ponieważ znał się na futbolu, kochał go. On żył dzięki piłce. Mógłby umrzeć na murawie, ale wolał wyjść do restauracji i zjeść coś dobrego. Charakteryzował go wysoki i ochrypły głos oraz wielki brzuch. Zawsze był daleko od standardów elegancji i dobrego zachowania. Nie zwracał zbyt wiele uwagi na wygląd. Prawdopodobnie pod koniec życia był już nieco przytłoczony – w wieku 74 lat po ponad 40 latach pracy w klubie, mógł odczuwać zmęczenie. Jednak do końca trzymał swój klub na powierzchni; jego dumą był ośrodek treningowy. Inwestował również w drużynę żeńską, która stała się solidną marką.

Na swój sposób był wizjonerem. Prekursorem. Ligue 1 straciła dzisiaj wielkiego człowieka. Traci szalonego faceta i autora zabawnych, niezapomnianych powiedzonek. Dzisiaj jest cytowany przez wszystkich ludzi związanych z francuską piłką. Zegnają go piłkarze, dziennikarze, kluby i kibice. Loulou zasłużył, aby zostać w naszej pamięci. Wyraźnie zapisał się na kartach historii francuskiego futbolu. I jako rubaszny, pocieszny facet – przedstawiciel „starej szkoły” – i jako ojciec wyjątkowego klubu.