15 Lip Coś się kończy, coś się zaczyna…

Paradoks Olympique’u Lyon AD 2017: klub ma nowy, piękny stadion i nie musi już martwić się pieniędzmi jak w ostatnich sezonach, a równocześnie jego przyszłość, przynajmniej ta najbliższa, stricte sportowa, jest najbardziej niepewna od lat. Przemyślane zakupy Les Gones przepadają jak na razie w morzu upuszczonej tego lata krwi. 105 milionów euro – za tyle oddali lwią część magazynowanej przez ostatnie pięć lat jakości, doświadczenia i tożsamości.

Maxime Gonalons, Corentin Tolisso, Alexandre Lacazette. Niemal cały kręgosłup drużyny – duma Tola Vologe, najlepsi wychowankowie, kilka sezonów temu namaszczeni na liderów odradzającego się Lyonu. W ciągu kilku tygodni klub opuściły trzy piąte odchowywanego od lat trzonu zespołu. Czwarty – Samuel Umtiti – uprzedził trend, wyjechał do Katalonii już rok temu. Na placu boju został już tylko Anthony Lopes, a za nim zaledwie pretendenci do ról równie ważnych jak te piastowane przez sprzedanych: Nabil Fekir i Jordan Ferri.

Najlepsi i namaszczeni to słowa-klucze: kiedy prezes Aulas zdecydował o końcu ery OL rozpasanego, szastającego pieniędzmi, do drzwi pierwszego zespołu pukało całe mnóstwo wychowanków gotowych na Ligue 1 i wystarczająco silnych, by grać akurat dla tego klubu. Wielu naprawdę dobrych graczy JMA oddał jednak bez mrugnięcia okiem, by wypełnić pustkę w kasie. Anthony Martial, Alassane Plea, Jeremy Pied, Yacine Benzia, Naby Sarr, a wcześniej Yannis Tafer czy Ishak Belfodil – wszyscy byli zgodnie uważani za talenty, oferty za wszystkich prezes przyjął z przekonaniem „przecież mam lepszych”. Została tylko ścisła grupa graczy niesprzedawalnych, przyszły trzon drużyny. Co do żadnego z zatrzymanych w zespole Aulas się nie pomylił: Gonalons przez prawie pięć lat godnie kapitanował dojrzewającej ekipie, Lacazette został ze 129 bramkami jednym z najlepszych strzelców w dziejach Lyonu, zaś Tolisso w ostatnim sezonie wyrósł piłkarsko ponad większość kolegów i grając na wysokim poziomie jako „szóstka”, „ósemka”, „dziesiątka”, a nawet drugi napastnik wyciągał ich z największych dołków.

768 meczów. Tyle zagrali w koszulce Lyonu trzej sprzedani przez ostatni miesiąc gracze. Z oddanym rok temu Umtitim liczba rośnie do 938. Ogrom doświadczenia, kawał historii. Dużo większy niż te kilka sezonów od debiutu w pierwszym zespole. Gonalons spędził w klubie siedemnaście lat. Umtiti, Lacazette, Tolisso – odpowiednio: szesnaście, czternaście i dziesięć. Z ich odejściem Olympique wypuszcza w świat (wprost: sprzedaje) cząstkę własnej tożsamości. Oczywiście, słynna Tola Vologe nie zamyka swej działalności i w końcu kolejni wychowankowie napiszą własne opowieści, ale dwóch setek występów na liczniku nie nabija się z dnia na dzień, a nowi Alex, Max i Coco nie będą ich zbierać od jutra – bezpośrednimi następcami pożegnanych ikon zostaną bowiem piłkarze z importu.

Tu leży sedno przemian dokonujących się właśnie w Lyonie. Samo rozstanie z zasłużonymi wychowankami to zaledwie nadkruszenie tożsamości w porównaniu do tego, co dzieje się w kolejnym kroku. Odzyskawszy siłę finansową klub zaczyna przeczyć modus operandi według którego funkcjonował przez ostatnie lata. Umtiti ma swojego docelowego spadkobiercę w Mouctarze Diakhabym, ale teraz podstawowymi stoperami będą zapewne Argentyńczyk Mammana i 30-letni ex-Wiślak Marcelo. Gonalonsa, owszem, zmieni obiecujący dzieciak, ale nie „własny”, lecz sprowadzony z Valenciennes – Lucas Tousart. Obowiązek zastąpienia Tolisso spadnie, jeśli nie będzie kolejnego transferu, na Sergiego Dardera kupionego dwa lata temu z Malagi – wówczas najdroższego zakupu Les Gones od czasu Yoanna Gourcuffa w 2009. Lukę po Lacazette’cie mają zaś wypełnić wykupiony z farmy Chelsea Bertrand Traoré i odrzut Realu Madryt, Mariano Diaz. To może nie będzie gorszy Lyon – ba, w porównaniu do wyników z ostatniego sezonu nie ma prawa takim być – ale zupełnie inny niż ten, do którego wszyscy przywykliśmy.

Przewrót w filozofii prowadzenia klubu nie ogranicza się do trzech-czterech symbolicznych nazwisk, jest bowiem zauważalny szerzej, w całej kadrze. Dwa sezony temu w podstawowej jedenastce OL regularnie wychodziło siedmiu absolwentów Tola Vologe, zaś z osiemnastu najczęściej wystawianych graczy aż jedenastu wychowało się w klubie. Co więcej, jeszcze w minionych rozgrywkach Lyon figurował w czołówce rankingu klubów europejskiej top 5 poświęcających najwięcej boiskowych minut produktom swojej akademii. Tymczasem w domyślnej XI na nadchodzący rok może się znaleźć miejsce dla zaledwie dwóch lub trzech urodzonych Les Gones (Lopes, Fekir, Ferri). Na powrót do gry po wypożyczeniu do Romy liczy wprawdzie Clement Grenier, lecz jego czas na napisanie historii dobiegł chyba końca – pomocnik nie może nawet być pewnym pozostania na Parc OL. Spośród członków szerokiej kadry realne szanse na grę mają jeszcze tylko dwaj inni: Aldo Kalulu i niespodziewanie obdarowany zwolnionym przez Tolisso trykotem z numerem 8 Houssem Aouar.

Radykalny odwrót od dotychczasowego podejścia nie jest rzecz jasna dla Jeana-Michela Aulasa celem samym w sobie. Poniekąd tak po prostu sprawy się poukładały – pobyt Lacazette’a w domu i tak przedłużył się o rok, związek Gonalonsa z OL najwyraźniej nie mógł trwać dłużej (zwłaszcza w trójkącie z trenerem Bruno Genesio), a Corentinowi Tolisso, tak jak rok wcześniej Umtitiemu, prezes nie mógł odebrać życiowej szansy. Era się kończy, bo musiała się skończyć: piłkarze wyrastają z klubów niczym z dziecięcych ubranek, a plan walki o trofea i wypełniania co tydzień stadionu niezupełnie idzie w parze z cierpliwym wychowywaniem nowych. Oto istota rozdarcia przed jakim staje się dziś w Lyonie – trzeba pogodzić wyczekiwanie na ekscytującą przyszłość z dławiącą tęsknotą za ukochanymi ikonami.

Eryk Delinger
(@E_Delinger)