09 Lis L’insubmersible – niezniszczalny Vitorino Hilton

W 2011 roku z transferu do Montpellier musiał się tłumaczyć nawet przed samym sobą. Sześć lat i 195 meczów później Vitorino Hilton – legendą klubu będący już od jakiegoś czasu – może bez wahania myśleć o sobie także jako o legendzie Ligue 1. Jest drugim obcokrajowcem w całej historii najwyższej francuskiej ligi, który rozegrał w niej 400 spotkań.

Hilton rozpoczął swój najlepszy okres w karierze w momencie, w którym większość piłkarzy wchodzi w wiek przedemerytalny. Przed Montpellier był wszakże, pomimo kilku indywidualnie udanych sezonów, jednym z wielu. Ot, pograł w lidze kilka lat, pokazał się w europejskich pucharach, powalczył o utrzymanie, ale od najwyższego szczebla się odbił – w jedynej mistrzowskiej kampanii uczestniczył głównie w roli widza.

Formalnie jest wychowankiem Chapecoense, lecz w rzeczywistości poznano się na nim i ukształtowano go dopiero w Europie – to w szwajcarskim Servette wówczas 25-letni (sic!) Brazylijczyk rozegrał swój pierwszy pełny ligowy sezon. Swoją francuską historię zaczął pisać, gdy pogrążeni w finansowych kłopotach Szwajcarzy dla odciążenia budżetu zgodzili się wypożyczyć go do Bastii na drugą połowę sezonu 2003/04. Niewiele zabrakło, by opowieść skończyła się jako zaledwie nowelka – tylko punkt zdecydował o utrzymaniu Korsykan w Ligue 1. Może gdyby Hilton spadł wraz z SCB do drugiej ligi, po rozwiązaniu kontraktu z upadającym Servette nie otrzymałby pliku ofert z francuskiej ekstraklasy. Może nie trafiłby do Lens.

Przez trzy lata osiągał ze Złocisto-Krwistymi wiekopomne wyniki – kolejno siódme, czwarte i piąte miejsce to do dziś ostatnie tak dobre ich rezultaty. Szatnię dzielił z innymi przyszłymi mistrzami Francji: nie tylko Johnem Utaką, z którym miał się jeszcze spotkać w MHSC, ale też Alou Diarrą, Jussie czy Pierrem-Alainem Frauem. Sam dwukrotnie był zaś wybierany do jedenastki roku UNFP. Tam strzelił też swojego pierwszego i przedostatniego gola w europejskich pucharach – w pierwszej rundzie Pucharu UEFA, przeciwko polskiemu Groclinowi. W ostatnim swoim sezonie w Lens był jednak zmuszony włączyć do CV niespodziewany spadek z ligi. Klęska klubu przyniosła za to piłkarzowi awans – za pięć milionów euro wykupiła go Marsylia. Tam drugi raz niewiele zabrakło, a losy Brazylijczyka potoczyłyby się zupełnie inaczej.

Chcę zachować tylko dobre wspomnienia – mówił o trzech latach w OM w niegdysiejszej rozmowie z L’Equipe, dodając, że to, co złe „poszło w niepamięć”. Miał o czym zapominać. Chociaż zaczęło się od wicemistrzostwa, pewnego miejsca w jedenastce i kolejnego wyróżnienia od UNFP, pobyt w Marsylii to dla Hiltona przede wszystkim trauma, zawodowa i prywatna. U Didiera Deschampsa był jednym z wielu z góry skreślonych piłkarzy i w ciągu dwóch sezonów rozegrał ledwie 20 ligowych meczów. Był już przekonany o konieczności odejścia z klubu, ale rozwiązanie umowy przyśpieszył dramat spoza boiska – sześciu uzbrojonych ludzi wtargnęło do jego domu i obrabowało go, a jeden z bandytów ranił Vitorino w głowę uderzeniem kolbą karabinu. Straumatyzowana rodzina upewniła go w słuszności planu, który niechciany przez trenera 35-latek snuł już wcześniej – nadeszła pora, by wrócić do Brazylii.

Dobrze, że do tego nie doszło – komentował pół roku później, jako piłkarz wicelidera Ligue 1, Montpellier – Nie mogłem odejść [z Francji] w taki sposób, bez ostatniego dobrego sezonu. Kilka miesięcy później La Pallade wydarli mistrzostwo z rąk już-katarskiego PSG, zaś Hilton po raz czwarty wylądował w jedenastce roku. Tworzył wtedy znakomity duet stoperów z Mapou Yangą-Mbiwą – o ileż bardziej imponująco brzmi to dziś! – a prezes Loulou Nicollin publicznie rozpływał się w zachwytach nad nim, z lubością wbijając przy tym szpilki w Marsylię retorycznym „jak mogli oddać takiego piłkarza?!”.

„Ostatni dobry sezon” Hiltona przerodził się w siedem lat na La Mosson. W klubie zmieniło się od tego czasu wszystko. Odeszli wszyscy mistrzowie z 2012 roku – prócz Sulliego Camary, ale i jego Brazylijczyk „przetrwał”, bo legendarny napastnik teraz głównie ogląda grę starszego kolegi z ławki. Piłkarze, którzy u boku Hiltona rozpoczynali poważne kariery, sami dobijają do „trzydziestki”. Nie ma, co wciąż niewyobrażalnie trudne do zaakceptowania, nieodżałowanego prezesa Nicollina. Został już tylko ten sam Hilton w sercu obrony Montpellier. W dwóch ostatnich sezonach rozegrał od deski do deski 73 z 76 możliwych meczów. W tym roku miał w końcu zwolnić miejsce młodszym – Michel Der Zakarian wytrzymał bez niego cztery kolejki; od piątej 40-letni kapitan znów co tydzień gra po 90 minut. UNFP nominowała go, obok Cavaniego, Fekira, Malcoma i Luiza Gustavo, do nagrody Piłkarza Miesiąca za październik.

Ze swoimi 14-oma latami stażu i czterema setkami meczów w Ligue 1 jest nie tylko legendą rozgrywek i symbolem długowieczności, ale też jedynym łącznikiem między epokami. Grał w lidze w apogeum dominacji Lyonu i widział schyłek tejże; grał w niej w okresie bezkrólewia i sam zgarnął wówczas dwa mistrzowskie medale; wreszcie – doświadczył hegemonii PSG i dotrwał jej zachwiania. Zatrzymywał Drogbę i Pauletę, Gignaca i Benzemę, Hazarda i Gourcuffa, Ibrahimovicia i Lacazette’a. W tym sezonie jest zaś częścią jedynej jak na razie defensywy, która zachowała czyste konto przeciwko Neymarowi i spółce. Vitorino Hilton jest niezatapialny.

Eryk Delinger
(@E_Delinger)