Kanarkowy odlot

Po nagłym odejściu Sergio Conceição Waldemar Kita zagrał va banque. Latem, w miejsce Portugalczyka, nad Atlantykiem pojawił się Claudio Ranieri, który na stałe ma wprowadzić FC Nantes do ligowej czołówki. Efekt? Kanarki zaliczają obecnie najlepszy start w Ligue 1 od sezonu 1994/95. Czy po drugiej stronie Kanału La Manche Włoch ma szanse powtórzyć sukces Leicester?


Pod koniec ubiegłego sezonu nic nie zapowiadało trzęsienia ziemi. FC Nantes pod wodzą Sergio Conceição zakończyło rozgrywki na obiecującym siódmym miejscu w tabeli – najwyżej od 2004 roku. Wyczyn godny pochwały, tym bardziej że Conceição przejął klub, gdy ten znajdował się tuż nad strefą spadkową. Portugalczyk w zaledwie sześć miesięcy całkowicie odmienił oblicze zespołu, wyciskając maksimum możliwości z ligowego średniaka. Nic więc dziwnego, iż pod koniec kwietnia Waldemar Kita przedłużył z umowę z trenerem aż do 2020 roku. W Nantes miały nastać lepsze czasy pod wodzą autorytarnego szkoleniowca. Miały, bowiem po wakacjach Portugalczyk już nie wrócił… Nie była to jednak wina prezesa Kity, który jak na francuskie standardy potrafi wymieniać szkoleniowców jak rękawiczki – od 2007 roku aż dziesięciu trenerów, czyli niemal tylu, ile wcześniej przez cztery dekady. Conceição był w Nantes nietykalny, jednak jak się okazało tej wdzięczności i miłości nie odwzajemniał. Zaledwie miesiąc po podpisaniu nowego kontraktu, ówczesny szkoleniowiec niemal wymusił rozwiązanie umowy. Oficjalnie Portugalczyk tłumaczył się względami rodzinnymi, jednak chwilę później objął funkcję trenera FC Porto. Na kilka tygodni przed startem nowego sezonu Waldemar Kita musiał pilnie szukać szkoleniowca.

Mister midas

Całe zamieszanie wokół odejścia Sergio Conceição sprawiło, iż prezes Kita znalazł się w wyjątkowo trudnym położeniu. Zażegnać sytuację kryzysową mogły tylko zdecydowane ruchy, a tych wieloletni właściciel Nantes na szczęście nie obawia się wykonywać. Medialna ekspozycja jego konfliktu z Portugalczykiem sprawiła, iż na ręce działaczy FCN patrzyła niemal cała piłkarska Francja. Trzeba było zagrać va banque. Waldemar Kita sięgnął więc po światową czołówkę, ściągając Claudio Ranieriego. Włoch, którego kontrakt według francuskich mediów opiewa na ponad 300 tys. euro miesięcznie, stał się jednym najlepiej zarabiających trenerów nad Sekwaną. Inwestycja kosztowna, jednak niezbędna, by pomimo zaistniałego kryzysu nie zaburzyć dynamiki z ostatnich miesięcy. Były szkoleniowiec m.in. Chelsea, Juventusu czy Monaco miał być gwarancją, iż Nantes rzeczywiście zamierza zadomowić się w ligowej czołówce Ligue 1. Co ciekawe, przyzwolenie na zatrudnienie doświadczonego Włocha musiały wydać władze francuskiej ligi zawodowej – nad Sekwaną obowiązuje bowiem przepis, który zabrania klubom angażowania trenerów powyżej 65 lat.

Mercato przebiegło bez większych szaleństw. Nantes co prawda straciło Amine’a Harita, który przeniósł się latem do Schalke, jednak w drugą stronę sprowadzono głównie doświadczonych i defensywnych piłkarzy. Pallois, Tatarusanu, Girotto – nazwiska nowych zawodników szybko umykały w cieniu trenera. Mister Ranieri miał przede wszystkim skupić swoje działania na obecnej kadrze, a letnie transfery miały stanowić tylko korektę w postawionej przez niego diagnozie.

Powtórka z Leicester?

Recepta na sukces miała być już wszystkim znana. Od początku bieżących rozgrywek Włoch odtwarza nad Atlantykiem składniki triumfu z Leicester. Rzuca się przede wszystkim piłkarski minimalizm FC Nantes, a natura ostatnich zwycięstw do złudzenia przypomina serię Lisów z pamiętnego sezonu 2015/16. 14. z 23. zwycięstw piłkarze Leicester osiągnęli z przewagą tylko jednej bramki. Od początku tych rozgrywek, wszystkie wygrane spotkania Nantes kończyły się właśnie z różnicą tylko jednego gola. Tym samym, w dziesiątej kolejce Kanarki zawitały na podium Ligue 1 z zaledwie dziewięcioma bramkami i jednym z najsłabszych ataków w lidze.

Pod wodzą Ranieriego średnie posiadanie piłki FC Nantes oscyluje w granicach 43%, a zespół przyjmuję głównie strategię kontrataków. Niski obronny blok i szybko wyprowadzane kontry do złudzenia przypominają styl, którym Leicester jeszcze niedawno triumfowało w angielskiej Premier League. Jak na razie taktyka okazuje się być skuteczna, bowiem Kanarki zaliczają obecnie najlepszy start w Ligue 1 od sezonu 1994/95, gdy ostatecznie sięgnęły po mistrzowski tytuł. Czy Nantes stać więc na powtórkę? Pomimo dobrych wyników, trudno sobie dzisiaj wyobrazić by drużyna ze Stade de la Beaujoire mogła w jakiś sposób zagrozić Paris Saint-Germain czy AS Monaco. Porównując obecny zespół do Leicester należy zwrócić uwagę, iż Ranieri nie dysponuje obecnie indywidualnościami pokroju Mahreza czy Vardy’ego. Co prawda Włoch odwzorował defensywne solidne fundamenty, jednak w ofensywie brakuje mu już jakości. Emiliano Sala, czyli najlepszy strzelec Nantes z ubiegłego sezonu, nadal nie potrafi odbudować strzeleckiej formy. Co więcej, żaden piłkarz zespołu nie zdobył w lidze więcej niż dwie bramki. Sprowadzony latem Kalifa Coulibaly czy znany z polskich boisk Prejuce Nakoulma nie mogą stanowić gwarancji, jaką w Leicester dawał chociażby Jamie Vardy.

Sięgając po trenerski autorytet prezes Waldemar Kita zaryzykował i obecne wyniki świadczą o tym, że miał rację. Choć sprowadzenie Włocha wiązało się z wysokim kosztem dla klubowego budżetu, magia Ranieriego wróciła. Początek sezonu w wykonaniu Kanarków daje ich kibicom nadzieję na przerwanie monotonii z poprzednich lat, a nawet na powrót do europejskich rozgrywek.

Jordan Berndt
Tekst ukazał się w tygodniku Piłka Nożna (nr.45/2017)