Ligue 1 z bliska: AS Monaco – PSG

Po przywitaniu Nowego Roku i krótkiej przerwie Ligue 1 wznowiła swoje rozgrywki, w których po mistrzowskie berło pewnie zmierza PSG, deklasując  – w znacznych rozmiarach – swoich ligowych konkurentów. Z racji tej paryskiej dominacji i mistrza znanego już praktycznie od początku sezonu chcieliśmy wrócić do listopada 2017, kiedy do Monako przyjechała drużyna Unaia Emery’ego… i my!  Jak z bliska wyglądał ten mecz? Postanowiliśmy wtedy wybrać się w podróż, a teraz przygotować dla Was… mały pamiętnik z „wakacji”. A nuż ktoś podąży naszym śladem!

Do najmniejszego państwa Europy najłatwiej dostać się samolotem. niewielka odległość od lotniska w Nicei jest niewątpliwym atutem Monako, do którego łatwo dojechać później samochodem bądź koleją – każda z preferowanych form transportu ma swoje atuty, chociażby widoki. Jadąc autostradą z Nicei musimy nastawić się czasami na trochę dłuższą podróż. Choć odcinek do pokonania jest niewielki, akurat w dniu meczu z PSG – dość często uczęszczany. Szczególnie męczący może być sam wjazd do państewka, a raczej zjazd z górki wśród setek innych aut – jednak nie jest tak zawsze. To odbywający się tego dnia mecz potroił liczbę wjeżdżających przybyszów.

Męczące miłego początki

Uff… Po kilku dłuższych chwilach oczekiwania w sporym korku podróżnych wita tablica informująca, że znajdujemy się na włościach jaśnie oświeconego księcia Alberta. Wydawać by się mogło, że teraz czekają nas same przyjemności, jednak to mrzonka. Poruszanie się z GPS wśród wąskich uliczek i wysokich budynków dla osób nieznających dobrze topografii terenu może być olbrzymim wyzwaniem. Nawigacja gubi sygnał, ulice w Księstwie czasami bywają niedokładnie lub mało widocznie oznakowane – szczególnie po zmroku nie jest łatwo (w tym miejscu serdecznie dziękujemy miejscowym za pełnienie roli pilotów – mogliśmy się poczuć prawie jak podczas zawodów Grand Prix F1).

Kilka kółek. Francja, Monako, Francja, Monako – w międzyczasie mijający nas autokar zawodników urzędującego mistrza – i w końcu można meldować się pod hotelem, w którym recepcjonista z uśmiechem oznajmia, że na stadion szybciej podjechać miejskim autobusem albo ruszyć piechotą. „Tymi tutaj schodami, zaraz za rogiem lub windą w dół”. Ok! Ale czy zdążymy? Do meczu trochę ponad godzina, stres zaczyna narastać… Zdecydowaliśmy – autobus! Akurat okolice hotelu znamy już nadto – wcześniej przejeżdżaliśmy tutaj kilkukrotnie – ale do diaska, gdzie te schody?!

Okazuje się, że diabeł nie taki straszny jak nasze umysły zdążyły go namalować. Monako z racji swojego położenia na górzystym terenie oferuje swoim mieszkańcom i gościom luksus w postaci wszechobecnych schodów i wind ułatwiających poruszanie się między różnymi wysokościami, a korzystając z nich można  wydatnie skrócić sobie drogę.

Zejście znalezione. Po marszu w dół znajdujemy się nieopodal przystanku autobusowego, z którego dojeżdżamy pod sam stadion, na którym za chwilę rozpocznie się piłkarska uczta. Samo miasto mimo początkowych trudności zaczyna nam się coraz bardziej podobać – nie polecamy jednak osobom cierpiącym na chroniczny lęk wysokości.

Księstwo Monako to kraina ogromnych podziemnych parkingów. Z racji małej przestrzeni i dużego ścisku duża część infrastruktury tego miasteczka skrywa się pod ziemią. Gdyby ktoś dotarł tu naszymi śladami i nie wiedział co zrobić z samochodem, proponujemy parking Monaco Gare (korzystaliśmy z niego następnego dnia) – 14 pięter wykutych w dół litej skały, miejsca wystarczy dla wszystkich, a i do stadionu już nie tak daleko.

W drodze na mecz

Podczas kilkuminutowej przejażdżki monakijskim dyliżansem mamy możliwość szybkiego przeglądu praktycznie całego miasta. Centrum, Pałac, muzeum znaczków pocztowych… Jednak najbardziej ciekawi sam obiekt piłkarski. Do tej pory kojarzył nam się głownie z rozgrywanymi na nim meczami o Superpuchar Europy.

Za Wikipedią: wielofunkcyjny stadion, położony w Monako. Oddany został do użytku w 1985 roku. Od tego czasu swoje mecze na tym obiekcie rozgrywa zespół Ligue 1 – AS Monaco FC. Jego pojemność wynosi 18 523 miejsc. W latach 1998-2012 corocznie w sierpniu był na nim rozgrywany mecz o Superpuchar Europy UEFA. W latach 2003 – 2005 rozgrywano na nim lekkoatletyczny Światowy Finał IAAF.

Z zewnątrz całkiem sympatyczny: osłonięty blokami tak, że nie można w pełni podziwiać jego bryły – tym bardziej w zgiełku panującym w jego najbliższych okolicach i natłoku kibiców udających się na mecz. Spotkanie z paryżanami ściągnęło do Monte Carlo tłumy ludzi, których wielu… paradowało dumnie między miejscowymi w barwach PSG. Jednego z nich postanowiliśmy zapytać o to, jaki będzie rezultat.

Marc przyjechał z Cannes, bo jak sam mówi, bilety w Paryżu są strasznie drogie i ciężko je dostać: – Korzystam z okazji, kiedy PSG gra w miarę blisko i wtedy udaję się na mecze. Akurat teraz trafił się dobry. Myślę, że może być ciężko, ale i tak wygrają [paryżanie – przyp. red]. W tym sezonie nic nam nie zagrozi, mamy już mistrzostwo! Na pytanie czy nie odczuwa dyskomfortu nosząc trójkolorowy szal paryżan pośród sympatyków ekipy Glika, odpowiada: – Tutaj? W Monako? Nie. Może gdybym był w Marsylii, tak, ale nie w tym miejscu. Dodajmy, że udał się na normalny sektor przeznaczony dla gospodarzy.

Tylko mecze z tymi bardziej cenionymi przeciwnikami potrafią zapełnić stadion Ludwika II do ostatniego miejsca, a samo AS Monaco więcej kibiców niż w Księstwie ma w jego francuskich okolicach. Tego dnia jednak obiekt zapełnił się po brzegi. Każdy chciał zobaczyć Neymara i spółkę. Do Monte Carlo zawitała też spora grupa kibiców ze stolicy wspierana przez liczną rzeszę „sezonowych Neymarowców”.

Piłkarskie emocje

Monaco przegrało 1:2 z naszpikowaną gwiazdami machiną, pewnie zmierzającą po kolejny mistrzowski tytuł. Klub z Księstwa nie jest już tytanem, jakiego podziwialiśmy w zeszłym sezonie. Naturalnie należy przyznać, że paryżanie pozyskując Neymara odskoczyli na kilka kroków reszcie francuskiej stawki, co widoczne było też i w tym spotkaniu – Monaco biło głową w mur, choć gdyby wykorzystało swoje szanse mogło być inaczej. Na dziś jednak to już piłkarska prehistoria.

Na uwagę zasługuje atmosfera stworzona przez sympatyków obu drużyn, którzy tego dnia mieli swoje prawdziwe święto. Monakijczykom  szczególnie zależało, by dobrze się zaprezentować od kibicowskiej strony.

Jedynym rzucającym się w oczy w trakcie wizyty mankamentem był wygląd wnętrza stadionu Ludwika II, które – delikatnie mówiąc – do najpiękniejszych nie należy. Czuć w nim upływ czasu, choć obecne praktycznie wszędzie, ubrane w czerwono-białe barwy panie tę niedogodność nieco rekompensują…

Wracając do samego meczu – PSG było zdecydowanie lepsze, szybsze i bardziej skuteczne, a dzięki zwycięstwu tylko umocniło swoją pozycję na piłkarskiej mapie Francji.

Monako

Mecz na stadionie Ludwika II dostarczył wrażeń, a zaraz po nim udaliśmy się w poszukiwaniu kolejnych – postanowiliśmy poznać nocny klimat tego miejsca. Państwo-miasto jest tak małe, że właściwie wszędzie dostaniemy się piechotą – mamy wtedy większą możliwość rozkoszować się jego dobrodziejstwami. Port, posiadłość rodziny książęcej czy dzielnica Monte Carlo to tylko część z jego wszechobecnych atrakcji – nie dziwimy się wcale naszemu reprezentacyjnemu obrońcy, że na swoją przystań po Torino wybrał akurat tą część Europy.

Jeżeli jesteście spragnieni i po dobrym meczu lubicie napić się dobrego piwa, polecamy lokal o swojskiej nazwie Monte Carlo Bar, w którym prócz napitku i jadła znajdziecie również imponującą kolekcję koszulek meczowych zdobiących ściany – oczywiście nie mogło zabraknąć Kamila Glika. Drzwi są tam otwarte dla gości 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. I to byłoby na tyle jeśli chodzi o obecność futbolu w codziennym życiu Monakijczyków. Nie wliczywszy w to oficjalnego sklepu AS Monaco i kilku wlepek nieopodal przystanku autobusowego, nigdzie więcej nie natknęliśmy się na ślady piłkarskiego fanatyzmu. To zrozumiałe. W tym miejscu po prostu nie da się żyć tylko piłką.

Wniosek

Jeżeli jesteście w okolicy, nie omieszkajcie zajrzeć do Księstwa! Warto. Jeśli nie dla piłki, klimatu i nocnego życia – choćby dla samej kolekcji samochodów księcia Alberta. Tu każdy znajdzie coś dla siebie, kibic czy nie.