Królik z kapelusza: Gustavo Poyet znów we Francji

Po zwolnieniu Jocelyna Gourvenneca – czy słusznym, to osobna kwestia – szefowie Bordeaux odłożyli na bok wyświechtaną książeczkę z numerami trenerów, z której korzystają wszyscy prezesi klubów Ligue 1. Nazwiska nowego szkoleniowca przed oficjalnym ogłoszeniem nie odgadłby nikt. Zapewne także dlatego, że Gus Poyet nie był pierwszym wyborem klubu.

Miejsce Gourvenneca miał zająć Belg, Michel Preud’homme, ale ostatecznie zażądał od Żyrondystów zbyt dużej pensji. Wtedy Bordeaux zdecydowało się na zatrudnienie Urugwajczyka, który we Francji kojarzony jest wyłącznie z piłkarskiej, nie trenerskiej kariery – media tytułują nowego bossa GdB głównie jako „byłego gracza Tottenhamu”. Trudno je winić: opuściwszy Wyspy Urugwajczyk nie osiągnął nic, co mogłoby wykreować go w oczach opinii publicznej na kontynencie na interesującego trenera.

Zanim zaszył się w chińskim Shanghai Shenua, gdzie mimo zwycięstwa w krajowym pucharze zbierał kiepskie recenzje, prowadził Real Betis i AEK Ateny, ale w żadnym z klubów nie pracował dłużej niż pół roku. Posadę w Betisie stracił za rozczarowujące wyniki (ledwie 3 zwycięstwa w 11 spotkaniach), zaś w stolicy Grecji powrót na bezrobocie zafundował sobie sprzeczką z prezesem. Trudno się dziwić jak niewielu pamięta, że jeszcze kilka lat temu Poyet był w Anglii uważany za szalenie obiecującego menedżera.

Drzwi do samodzielnej trenerskiej pracy uchylił w klubie, w którym zakończył piłkarską karierę – Tottenhamie. W 2007 roku dołączył do Spurs jako asystent nowego trenera, Juande Ramosa. Pracował u boku Hiszpana przez całą jego kadencję – towarzyszył mu więc zarówno wiosną 2008, przy okazji zwycięstwa w Pucharze Ligi pozostającego do dziś ostatnim sukcesem Kogutów, jak i przy fatalnej jesiennej passie, która zepchnęła THFC na 20. miejsce w tabeli, a Ramosa, Poyeta oraz dyrektora sportowego Damiena Comolliego pozbawiła zatrudnienia. Być może to te ostatnie, przykre tygodnie asystentury u Juande pchnęły Gusa ku decyzji o przejściu na własny rachunek.

Szansę w zawodzie dało Poyetowi trzecioligowe Brighton. Mewy nie pożałowały ryzykownego wyboru – to w pierwszej menedżerskiej pracy Urugwajczyk osiągnął wyniki, które do dziś najbardziej wyróżniają się w jego CV. Chociaż rozstanie przebiegło w fatalnej atmosferze – Gus dowiedział się o zwolnieniu w telewizji, w trakcie pracy jako ekspert BBC – dzisiejszą grę w Premier League BHAFC bezapelacyjnie zawdzięcza byłemu piłkarzowi Chelsea i Spurs.

fot. Action Images

W debiutanckim, niepełnym sezonie (objął zespół w październiku) Poyet uchronił zespół przed spadkiem, a już w kolejnym wywalczył awans do Championship. Na wyższy szczebel wprowadził drużynę w popisowym stylu. Jako beniaminkowi The Seagulls ani przez moment nie groził powrót do League One i z łatwością zakończyli rozgrywki w środku tabeli, zaś w drugim sezonie zagrali w barażach o awans do Premier League.

Błyskawiczny rozwój klub zawdzięczał nie tylko stricte trenerskiej pracy Gusa – chociaż jego drużyna szybko wypracowała markę jednej z płynniej grających ekip drugiej ligi – ale także rozległym kontaktom. Za jego kadencji na Falmer Stadium trafili doświadczeni w Primera Division gracze: Bruno Saltor (obecny kapitan zespołu), David Lopez (ex-Bilbao), Vicente (legendarny skrzydłowy Valencii) czy Leonardo Ulloa (po półtora roku świetnej gry odszedł do Leicester za rekordowe dla obu klubów 8 milionów funtów), którzy przyczynili się do zbudowania wyróżniającej się na tle ligi kultury gry i w ekspresowym tempie pchnęli Brighton naprzód.

Poyet nie zdołał wprawdzie awansować do Premier League z Mewami, ale udało mu się podjąć pracę na szczycie angielskiej piłki dzięki ofercie Sunderlandu. Tam powtórzyła się historia z początku jego pobytu w Brighton – w październiku 2013 roku objął zespół w fatalnej kondycji i ostatecznie wbrew oczekiwaniom ekspertów uchronił go przed spadkiem. Kolejnego sezonu jednak nie przetrwał – kiedy w marcu 2015 Czarne Koty wpadły w kryzys napędzony problemami dyscyplinarnymi gwiazd, władze klubu nie zdołały zachować cierpliwości i pierwszy urugwajski trener w dziejach ligi stracił pracę.

Z dotychczasowych doświadczeń Gustavo Poyeta płyną dwa istotne wnioski. Po pierwsze, zwykł dobrze się sprawdzać w bojowych warunkach, rzucony na trudny odcinek w środku sezonu – a właśnie takiego człowieka potrzebuje teraz Bordeaux. Po drugie, Poyet to szkoleniowiec na wskroś przesiąknięty brytyjskim futbolem – w Anglii spędził większość kariery i tam zdobył trenerskie szlify, toteż bliżej mu do szablonu bossa-weterana Football League niż stereotypowego południowca; a to akurat może się dla francuskiego klubu okazać zgubne. Na korzyść Urugwajczyka przemawia za to, że francuska ziemia nie jest mu zupełnie obca: pierwsze kroki w zawodowej piłce stawiał równo 30 lat temu w Grenoble.

Przewaga brytyjskiego pierwiastka w filozofii Poyeta to o tyle dobre wieści, że trenerzy wychowani w iberyjskim czy południowoamerykańskim duchu nie mają w Ligue 1 najlepszej passy. Całkiem niedawno Francja negatywnie zweryfikowała choćby kompetencje Oscara Garcii – nawiasem mówiąc, bezpośredniego następcy Poyeta w Brighton, który także nie zdołał przebrnąć przez play-offy w Championship. Ostatni trenerski nabytek ligi z dużym doświadczeniem w Anglii – Claudio Ranieri – realizuje za to swoje zadanie w stu procentach. W tym kontekście mocne brytyjskie korzenie warsztatu Gusa Poyeta nie rokują najgorzej, choć Bordeaux prosi się o zaserwowanie innego futbolu niż ciężkostrawny, włosko-angielski miks Claudio.

Eryk Delinger
(@E_Delinger)