Szydercze zwierciadło Le Classique

Choć rywalizacja OM i PSG wyrosła na gruncie równej walki klubów o trofea, rozminięcie się ich sportowych dróg tylko wzmogło emocje. Gdy Marsylia i Paryż funkcjonują w różnych piłkarskich światach, każde spotkanie z wielkim rywalem to dla jednej ze stron spojrzenie w szydercze zwierciadło, bez litości przypominające, kim chciałaby i nie może dziś być.

Gdyby szukać punktów zaczepienia do opowieści o parysko-marsylskim rozwarstwieniu, najprościej byłoby rzecz jasna wskazać na kosztowny talizman Paryżan, Neymara. Brazylijczyk w poprzednim Le Classique zamiast pogrążyć wrogich kibiców w rozpaczy, zapewnił im jednak sporą uciechę – zamiast przewodzić swojej drużynie przykładem, dał się sprowokować i przy stanie 1:2 zarobił czerwoną kartkę. Wówczas Edinson Cavani – niczym odpowiedzialny, starszy brat – przejął przewidzianą dla brazylijskiego gwiazdora rolę zbawcy i rzutem wolnym w końcówce meczu uratował honor paryżan, choć z perspektywy hegemona wynik i tak był wstydliwy.  Marsylia zaś w tamtym meczu znalazła się w podobnej pozycji, jak teraz podchodząc do Klasyku z szansą na miano wicelidera Ligue 1 – bliżej PSG niż ktokolwiek inny, a o wiele dalej niżby sobie życzyła. 

Podobne błędy, inna cena

Można by też poszukać paraleli w opowieści o dwóch chłopakach przeoczonych przez swoje lokalne kluby. W 2002 roku zdolny młodzieniec z południa Francji musiał przenieść się o ponad tysiąc kilometrów, by otrzymać szansę w zawodowej piłce. W ukochanej Marsylii André-Pierre Gignac zagrał dopiero osiem lat później, gdy OM za naprawę swojego błędu i ściągnięcie napastnika do domu zapłaciła Tuluzie 18 milionów euro. O stosunku do PSG Gignac opowiadał całkiem niedawno: – Wolałbym zdechnąć niż dla nich grać. Gdy Barcelona strzelała szóstego gola, wrzeszczałem tak, że wystraszyłem żonę.

PSG, jak Marsylia przed siedmioma laty, także zdecydowało się niedawno zapłacić za wyrzut sumienia swojego systemu skautingowego. Choć pochodzi z podparyskiego Bondy, od piętnastego roku życia Kylian Mbappé grał w Monaco i to jako wychowanka ekipy z Księstwa świat poznał najzdolniejszego młodego napastnika świata. Aby chłopak z Paryża mógł grać u siebie, właściciela będzie musiała po tym sezonie zmienić suma dziesięciokrotnie wyższa niż przeznaczona niegdyś na Gignaca. Młody piłkarz rywalizację swojego domowego klubu z Marsylią widzi zupełnie inaczej niż przedstawiciel poprzedniego pokolenia. Po zremisowanym, jesiennym Klasyku mówił z tym samym chłodem, który cechuje go pod bramką: – Dla nich [OM] to mecz sezonu, dla nas zaś nie miał takiej wagi. Nigdy nie powinniśmy patrzyć na innych z góry i następnym razem będziemy o tym pamiętać. Nie poświęciliśmy Le Classique dość uwagi.

Dla jednych luksus, dla drugich – dodatek

Lepszym niż Neymar i Mbappé punktem odniesienia w historii najnowszej tej rywalizacji jest inny nowy nabytek PSG: Lassana Diarra. Piłkarz, który półtora roku temu nosił na ramieniu opaskę kapitana Marsylii, do Parku Książąt trafił jako towar z przeceny – tani (w zasadzie: darmowy, nie licząc pensji) kompromis między dyrektorem sportowym Antero Henrique, który nie chciał zimą ściągać nowych graczy, a trenerem Unaiem Emerym, domagającym się transferu defensywnego pomocnika.

Lass Diarra przez półtora roku pełnił rolę kapitana OM (fot. Sport24 – Le Figaro)

Lass i PSG to małżeństwo z rozsądku: klub zyskał potrzebne, doświadczone uzupełnienie składu, a piłkarz na finiszu kariery wrócił do wielkiej piłki z solidnym kontraktem w jednej z najsilniejszych drużyn Europy, w dodatku bez konieczności opuszczania zamieszkałej na stałe w Paryżu rodziny. Akcent marsylski w jego CV? Bez znaczenia. Zapewne także dlatego, że opuszczał Stade Velodrome w atmosferze konfliktu. Po zaledwie pięciu meczach stracił opaskę kapitana – i to na rzecz tylko wypożyczonego do OM Bafetimbiego Gomisa – oraz miejsce w drużynie. Powodem był spór z zarządem o niedotrzymaną, zdaniem Lassa, obietnicę. Dyrektor Vincent Labrune miał zobowiązać się, że po udanym pierwszym sezonie klub pomoże piłkarzowi uregulować 10-milionowy dług wobec jego poprzedniego pracodawcy, Lokomotiwu Moskwa – jednak z danego słowa się nie wywiązał. 14 lutego 2017 po długich pertraktacjach (i aż trzy miesiące po ostatnim występie w OM) Diarra rozwiązał umowę, a kilka tygodni później rozliczył się z Rosjanami: – Rozwiązałem sprawę sam, bez pomocy Marsylii. Jak dorosły.

 Symboliczne, że nieco ponad tydzień po rozstaniu z Lassaną Diarrą, 26 lutego 2017, Marsylia przegrała Le Classique na własnym boisku aż 1:5. OM mierzy się więc z demonem katastrofalnej porażki w jej rocznicę, a były kapitan staje po przeciwnej stronie barykady.  Zdrowy, zmotywowany Diarra przydałby się Les Phocéens rok temu, i przydałby się pewnie dziś – dopóki wszak grał dla nich regularnie, był jednym z najlepszych na boisku: w sezonie 2015/16 prezentował się tak dobrze, że Didier Deschamps po pięciu latach przywrócił go do reprezentacji Francji. Kiedy oficjalnie opuszczał OM, zespół był w tabeli szósty i nawet bezpośrednie przenosiny do PSG – bez krótkiej przerwy w arabskim klubie Al Jazira – nie mogłyby z perspektywy samego gracza dziwić.

Przecierając zakazany szlak

Tak samo nie dziwiło ponad dekadę temu przejście drogą Paryż-Marsylia w przeciwnym kierunku. Kiedy w 2005 roku wychowanek PSG – sprowadzony do Francji przez późniejszego trenera pierwszego zespołu, Antoine’a Koumbouaré – Lorik Cana wymuszał na klubie przyjęcie oferty Marsylii, także dokonywał oczywistego wyboru. Wprawdzie rok wcześniej zostawał z paryską drużyną (w składzie m.in. z Gabrielem Heinze, Pedro Pauletą i Danijelem Ljuboją) wicemistrzem kraju, ale gdy odchodził, zespół kończył ligę na zaledwie 9. pozycji, a on sam był na Parc des Princes tylko rezerwowym.

Lorik Cana w barwach OM (fot. Sport24 – Le Figaro)

OM nie była wówczas ligowym potentatem, lecz grała bliżej europejskich pucharów i wielkiego futbolu. Cana postawił na właściwego konia: u boku Francka Ribery’ego, Mathieu Valbueny, Samira Nasriego czy Djibrila Cissé wywalczył dwa kolejne wicemistrzostwa i przez dwa sezony kapitanował zespołowi w Lidze Mistrzów. Ex-paryżanin pracował na miano kapitana od pierwszego dnia na Velodrome.  Przekonał niechętnych fanów niezrównaną pracowitością i agresją – zasłynął w Ligue 1 twardą, czasem absurdalnie brutalną grą – ale na dobre skradł ich serca, oczywiście, postawą w Le Classique: w swoich pierwszych Derbach Francji po stronie OM zdobył jedyną bramkę meczu. Chociaż więcej czasu spędził w Paryżu, to w Marsylii cieszy się do dziś statusem legendy. 

Dla Lorika Cany Marsylia to najpiękniejszy moment kariery, dla Lassa Diarry – dodatek do CV bogatego w wielkie kluby. PSG zaś dla jednego to początek, dla drugiego domknięcie piłkarskiej biografii, które razem spinają 18 lat historii francuskiej piłki: od pierwszego tytułu Lyonu, do pięciu (?) mistrzostw „katarskiego Paryża”. Łatwo sobie wyobrazić, jak legendą OM i dziś zostaje kolejny pracowity, odważny, ale mało medialny gracz pokroju Albańczyka, zaś o ważne miejsce w dziejach PSG łatwiej teraz gwieździe pokroju Ibrahimovicia, Cavaniego czy Verrattiego. Kibice obu stron gotowi byliby się pewnie sprzeczać, że właśnie to świadczy o wyższości ich drużyny.

Eryk Delinger
(@E_Delinger)