Cafu: Materiał wybuchowy

W ostatnich miesiącach w Warszawie zapanowała moda na zawodników z francuskiej ekstraklasy. Dotychczas do Legii trafiło dwóch piłkarzy z Ligue 1. Głośno było o ewentualnym transferze Habiba Maïgi, który ostatecznie trafił do Rosji. Jednak działacze stołecznego klubu na tym nie poprzestali i tak oto Wojskowych na zasadzie półtorarocznego wypożyczenia zasilił Carlos Miguel Cafu.

Wikipedia rozgrzewała się do czerwoności, kiedy Portugalczyk w 2016 roku przechodził do FC Lorient. Wszystko zawdzięczał swojemu przydomkowi „Cafu”, który nadali mu przyjaciele w Guimarães. „Morszczuki” wiązały z nim duże nadzieje, zapłaciły za niego dwa miliony euro i zaoferowały czteroletni kontrakt. Lorient fatalnie weszło w sezon 2016/2017, ale Cafu był jedną z wyróżniających się postaci w drużynie z Bretanii. Łatwo było mu oswoić się z Ligue 1, ponieważ imponował warunkami fizycznymi. Trener Bernard Casoni wielokrotnie wypowiadał się na jego temat w samych superlatywach, podkreślał potencjał jaki w nim drzemie i zaznaczał, że musi popracować nad koncentracją. Pomocnik bywał nawet porównywany do Yayi Touré.

Z deszczu pod rynnę

Duży potencjał – dwa słowa, jakimi najczęściej opisywano tego zawodnika na początku jego przygody z Ligue 1. Nie ma się co dziwić. W 2008 roku, jako piętnastolatek, trafił do szkółki Benfiki. W tym samym czasie zaczął występy w młodzieżowych reprezentacjach Portugalii, przebrnął przez wszystkie szczeble od U15 do U20, zagrał łącznie w 30 meczach, a w 2012 roku pojechał na mistrzostwa Europy U19. Co więc poszło nie tak? Na początku w Lorient grał dosyć regularnie – tak było do grudnia, ale później w okresie styczeń – maj zagrał tylko w czterech meczach (162 minuty)! Morszczuki na koniec sezonu zajęły miejsce barażowe i musiały rozegrać dodatkowe dwa spotkania, w których stawką było utrzymanie. W dwumeczu lepsze okazało się Troyes i Lorient spadło do Ligue 2.

(fot. letelegramme.fr)

Wtedy Cafu zaczął się buntować. Nie chciał trenować i zamierzał wymusić transfer. Najwyraźniej uznał, że jest za dobry na Ligue 2 i jego miejsce jest we francuskiej elicie. Protest przyniósł oczekiwany skutek. Na początku sierpnia rękę wyciągnęło do niego FC Metz. Nie wahał się ani chwili, przyjął ofertę trzyletniego kontraktu i zakasał rękawy przed tryumfalnym powrotem na salony. Wtedy jeszcze nie wiedział, że spadnie z deszczu pod rynnę. Zarówno ze względu na katastrofalną dyspozycję drużyny od początku rozgrywek, jak również jeśli chodzi o jego własną formę.

Jego debiut przypadł na mecz przeciwko AS Monaco. Dziś już wiemy, że to był jego najlepszy mecz w koszulce Les Grenats. Pierwsze 60 minut w jego wykonaniu było bezbłędne. Zaliczał odbiory, skutecznie podawał i trudno było go minąć. Mimo heroicznej postawy, Metz przegrało 0:1. Po tym występie kibice uwierzyli, że Cafu to naprawdę dobry transfer i pomoże im w walce o utrzymanie. Niestety później coś się popsuło i Portugalczyk stał się cieniem piłkarza grającego przeciwko Monaco. Zaliczał masę strat, przegrywał pojedynki w powietrzu i tracił koncentrację. W końcu Frédéric Hantz stracił cierpliwość i po spotkaniu z Amiens (25 listopada 2017) Cafu został odsunięty od pierwszej drużyny. Do tamtego momentu zagrał w 10 meczach, nie asystował i nie strzelił żadnego gola.

Cafu musi odejść!

Miguel źle zniósł zsyłkę do rezerw. Podczas jednego z treningów doszło do ostrej sprzeczki z trenerem Hantzem. Zareagować musieli zawodnicy i asystenci, bo w innym przypadku mogło dojść do rękoczynów. W zeszłym tygodniu całą sprawę ujawniło L’Equipe: sytuacja miała mieć miejsce kilka dni wcześniej, ale w klubie zdecydowali się zachować wszystko w tajemnicy. Szefowie klubu zawiesili piłkarza na kilka dni. Trener uznał karę za zbyt łagodną i ponoć zaczął się zastanawiać nad opuszczeniem z Metz. Decyzja prezesa nie mogła być inna: Cafu musi odejść! Zarówno ta przygoda, jak i wcześniejszy konflikt w Lorient mogą być odpowiedzią na pytanie, dlaczego zawodnik nie zrealizował swojego potencjału. Najprawdopodobniej zawiodła głowa.

Kibice FC Metz nie wydają się być zmartwieni faktem, że Portugalczyk opuści ich klub. Już teraz uważają go za jeden z najgorszych transferów. Pojawiają się głosy, że przydałby się w Ligue 2 (fani klubu wydają się pogodzeni ze spadkiem), bo świetnie pasowałby do zaplecza francuskiej ekstraklasy. Postrzeganie piłkarza przez sympatyków Bordowych dobrze oddaje wycinek debaty o nim z fanowskiego forum Metz:

Kibic #1:  „Szkoda, że [Cafu] odchodzi. Byłby cenny w Ligue 2.” 

Kibic #2:  „Przestał przychodzić na treningi w Lorient, bo nie chciał grać w Ligue 2. Myślisz, że tym razem by zechciał?” 

Kibic #3:  „Czy przez dwa lata w Ligue 1 nie zrozumiał, że nie nie pasuje do tego poziomu?” 

W Ekstraklasie da radę!

Carlos Miguel Ribeiro Dias to kolejny importowany z Francji zawodnik, który przyjeżdża do Legii z problemami. Jednak w realiach polskiej Ekstraklasy już teraz można ocenić ten transfer jako dobry ruch. Portugalczyk w tym momencie potrzebuje zaufania i jak największej ilości minut spędzonych na boisku. Kiedy nabierze pewności siebie, powinien odpłacać się dobrą grą. Jest wysokim, dobrze zbudowanym piłkarzem idealnie nadającej się do fizycznej walki bark w bark. Mówimy o wychowanku Benfiki, więc również pod względem technicznym wygląda przyzwoicie. Lubi grać krótkimi podaniami. Jego mocną stroną nie są za to długie przerzuty. Wśród wad wymienić trzeba też zbyt wolny powrót po stracie piłki i kiepską koncentrację.

Cafu ma sporo do udowodnienia i powinien potraktować szansę w Legii bardzo poważnie. Tylko tak znów wywalczy sobie transfer do lepszej ligi – choćby perypetie w Lorient pokazują, że jest ambitny i niewątpliwie będzie mu na tym zależało.

Dawid Cach
(@CachDawid)