Olimpijskie rozdroża: przeciwne ścieżki Marsylii i Lyonu

Chociaż w tabeli aktorzy niedzielnego spektaklu są sąsiadami, przed wielkim meczem trudniej wskazać między nimi podobieństwa niż różnice. Czym nie będzie Olympico?

Starciem gwiazd

Jedyną dużą zbieżnością w tym, jak układa się w tej chwili sezon dla Marsylii i dla Lyonu jest zależność od najlepszego zawodnika. Obydwie drużyny opierają swoją grę o jednego, wybitnie dysponowanego piłkarza. Florian Thauvin i Nabil Fekir są równolatkami (rocznik ’93) o podobnie trudnych charakterach, które w tym sezonie wykorzystują niemal wyłącznie na korzyść swoich zespołów. Obaj mają za sobą złe czasy – rozwój Fekira wstrzymała poważna kontuzja, po której długo nie mógł odnaleźć dawnej formy, zaś talent Thauvina niemal pogrzebał nieudany pobyt w Newcastle i trudny start po powrocie do Marsylii.

W tym sezonie piłkarze wyrośli jednak na wielkich wodzów swoich ekip. Florian zupełnie przyćmił głośne transfery Dimitriego Payeta i Morgana Sansona z zeszłej zimy i od początku rozgrywek jest jednym regularnie skutecznym piłkarzem OM, a jego indywidualne popisy hurtowo przysparzają drużynie punktów. Nabil okazał się zaś kompetentnym kapitanem: każda akcja przechodzi przez niego, młodsi koledzy dostają u jego boku wiatru w żagle, a odziedziczona po Maximie Gonalonsie opaska tylko go uskrzydla. Ofensywni pomocnicy są najefektywniejszymi graczami swoich zespołów (Fekir: 34 mecze, 21 goli, 6 asyst; Thauvin: 43 mecze, 18 goli, 16 asyst). Do zwarcia liderów w Olympico jednak nie dojdzie: gwiazdor Lyonu nabawił się urazu i wróci do gry dopiero w kwietniu.

Pojedynkiem snajperów

Latem i Marsylia, i Lyon szukały skutecznego napastnika. Les Phocéens potrzebowali następcy Bafétimbiego Gomisa, zaś Les GonesAlexandre’a Lacazette’a. Do rozwiązania tego samego problemu kluby podeszły jednak zupełnie inaczej. W OM bezskutecznie ścigano wielkie, duże i średnie nazwiska, by ostatecznie – po wielu odmowach graczy, ale też trenera, Rudiego Garcii – postawić na Kostasa Mitroglu i Valère’a Germaina. OL zagrało zaś nieprawdopodobnie oszczędnie jak na zespół, który właśnie zarobił na sprzedanym napastniku 60 milionów euro: za mniej niż jedną ósmą tej kwoty klub ściągnął z rezerw Realu Madryt Mariano Diaza.

Liczbowo jedno i drugie wyjście z sytuacji przyniosło podobny skutek: olimpijscy rywale mają na ligowym koncie tyle samo bramek (59), a tercet środkowych napastników OM (Germain, Mitroglu, Clinton Njie) ustrzelił w Ligue 1 łącznie 16 goli – tak jak Mariano. Podział strzeleckich obowiązków jest jednak w Marsylii tylko korzystnym efektem ubocznym tego, że żaden ze snajperów nie wpasował się do zespołu wystarczająco dobrze i trener nie może znaleźć stałego, pewnego rozwiązania łączącego skuteczność z jakością gry. Napastnik przez duże „N” wystąpi więc w Olympico tylko jeden, po stronie Lyonu.

Wojną o środek pola

Jeśli wojna, to pomocnicy OM. Doświadczony, wybornie sprawdzający się w nowej lidze Luiz Gustavo i jednowymiarowy, ale silny i pracowity André-Frank Zambo Anguissa niekoniecznie rozumieją grę na „wymianę ciosów” tak, jak wskazywałby słowniczek piłkarskiego żargonu. Lucas Tousart i Tanguy Ndombele nie uciekają wprawdzie od fizycznych starć, ale nie czują się w nich tak dobrze, jak w grze piłką – i znacznie mniej pewnie niż marsylscy rywale. To samo tyczy się rzecz jasna Houssema Aouara: 19-latek szybko uczy się odpowiedzialności i dyscypliny, ale futbolowi w jakim się sprawdza bliżej do baletu niż zapasów.

Grą o życie

Przynajmniej nie dla obu trenerów. Losy trenerów Olympique’ów zdają się zmierzać w przeciwnych kierunkach. Rudi Garcia był na początku sezonu wyszydzany przez kibiców i prasę, a letnie utarczki z dyrektorem Andonim Zubizarretą zaszkodziły też jego pozycji w klubie. Jego taktyczne decyzje bywały niezrozumiałe, a gra i wyniki nie miały nic wspólnego z wizją ambitnego właściciela OM. Tymczasem Bruno Genesio cieszył się niezachwianym wsparciem prezesa Aulasa, a wiarę fanów – mocno nadkruszoną w poprzednim sezonie – konsekwentnie odbudowywał dobrymi rezultatami i efektownym futbolem.

Tak było jeszcze kilka miesięcy temu, ale do Olympico szkoleniowcy podchodzą z odwrotnych pozycji. Garcii nikt już dziś nie kwestionuje – OM gra coraz lepiej, drużyna funkcjonuje sprawniej, a wyższego miejsca w tabeli zwyczajnie nie wymaga wypadać. Nawet dwie porażki z PSG nie zaburzyły wrażenia, że wszystko zmierza w najlepszą stronę. Genesio zaś po passie sześciu ligowych meczów bez wygranej (przerwanej w poprzedniej kolejce zwycięstwem nad Caen) i odpadnięciu z 1/8 finału Ligi Europy mimo prowadzenia po pierwszym, wyjazdowym meczu z CSKA jest „żywym trupem”. Prezes otwarcie przyznaje, że brak kwalifikacji do Ligi Mistrzów zmusi go do zmian. Skoro zaś z porażką w LE zamknęły się tylne drzwi do Pucharu Mistrzów, ewentualna klęska w Olympico i ośmiopunktowa strata do 3. miejsca zapewne przypieczętują wyrok. Według doniesień mediów Jean-Michel Aulas ma być tak zmęczony nierówną, niedojrzałą grą zespołu, że jako nowego trenera Les Gones rozważa Claudio Ranieriego.

Nijakim meczem

Bez względu na wszystko, Olympico to widowisko. Dla kibiców wiąże się z ładunkiem emocji niewiele mniejszym niż Le Classique czy Derby Rodanu – że trybuny traktują tę rywalizację śmiertelnie poważnie, przekonał się choćby Mathieu Valbuena, zmuszony jako piłkarz OL podziwiać w olimpijskich derbach na Velodrome swoją podobiznę powieszoną na szubienicy. Przede wszystkim będzie to zaś pojedynek dwóch ofensywnie nastawionych drużyn – żadna nie potrafi skutecznie i bezbłędnie bronić, a jednej z nich się to zwyczajnie nie opłaca.

Eryk Delinger
(@E_Delinger)