„Wszystko przemija”. Próby Zinedine’a Zidane’a

– Będąc zawodnikiem nie sądziłem, że kiedykolwiek zostanę trenerem – wyznaje. Dwa i pół miesiąca później poleci do Cardiff. Tego dnia dwa kluby jego życia – Real Madryt i Juventus – rozegrają pomiędzy sobą finał Ligi Mistrzów. Zinedine Zidane będzie obserwować to starcie z miejsca, którego kilka lat wcześniej się nie spodziewał: ławki trenerskiej Królewskich.

Kluby życia

Juventus polegnie. Dla Zizou Bianconeri przegrywający w finale Pucharu Europy z Realem stanowią znajomy obraz. Dziewiętnaście lat wcześniej stał po przeciwnej stronie barykady i po drugiej stronie linii bocznej. Wtedy, w 1998 roku w Amsterdamie, bramka Mijatovicia zabiera drużynie Marcello Lippiego szansę na zdobycie najwyższego trofeum Starego Kontynentu po raz drugi na przestrzeni trzech lat. To dla Włochów trzeci finał z rzędu, kolejny przegrany – po tym jak w poprzednim sezonie pokonała ich Borussia Dortmund.

Można odnieść wrażenie, że w rywalizacji tych klubów zawsze znajduje się po złej stronie. W 2003 roku gra już w barwach Królewskich, gdy los kojarzy go z Juve. Tym razem Hiszpanów i Włochów czeka półfinałowy dwumecz. Drużyna Zidane’a zmierza po obronę tytułu…

Niecały rok wcześniej Hampden Park było świadkiem najpiękniejszej bramki w karierze Francuza. Prawonożny piłkarz lewą nogą wykonuje perfekcyjny wolej, składa się do niego w ułamkach sekundy, niemal od niechcenia. Hans-Joerg Butt jest bezsilny, a Zidane zapewnia Realowi dziewiąty tytuł najlepszego klubu kontynentu, triumfując nad Leverkusen. Po wielu latach, gdy zakończy już karierę, przyzna, że był to najlepszy mecz jaki przyszło mu rozegrać…

Zupełnie inaczej jest rok później. W dwumeczu z Juventusem wszelkie starania idą na marne. Podczas pierwszego meczu na Bernabeu Zidane jest w swoim żywiole – nadaje rytm grze całej drużyny. Przewaga 2:1 jaką Real zapewni sobie na swoim terenie nie wystarczy, by wywieźć awans z Turynu. Nie wystarczy też bramka, którą w 89. minucie Francuz zdobędzie na swoim dawnym stadionie. Juventus zwycięża 3:1. Wyrzuca ekipę del Bosque za burtę. W tym współzawodnictwie Zizou znów jest w drużynie przegranych.

Być może finał w Cardiff jest kulminacją skomplikowanej historii Realu i Juventusu w życiu Zinedine’a Zidane’a. Nareszcie to on jest zwycięzcą i Puchar Europy – drugi z rzędu, dwunasty w historii – wędruje w ręce jego i jego ludzi. By tego dokonać piłkarz, którego Diego Maradona nazwał swego czasu najlepszym w historii, musiał zawiesić buty na kołku.

(fot. gamessavedmylife.com

Upadek

 „On ma władzę nad piłką. Ten człowiek jest chodzącym spektaklem, gdy gra, sprawia wrażenie jakby na stopach miał jedwabne rękawiczki”.  Tak twierdził Alfredo di Stefano, legenda Realu Madryt, gdy w 2003 roku Zizou odbierał nagrodę dla najlepszego piłkarza globu. Będąc u szczytu ma 31 lat. Zaledwie trzy sezony później opuści murawę w niesławie – na własne życzenie.

Mistrzostwa Świata 2006 powinny być ukoronowaniem jego kariery. Miał szanse zamknąć ten rozdział powtórzeniem sukcesu Les Bleus z 1998 roku, gdy przed własną publicznością Francuzi zdeklasowali Brazylię i sięgnęli po tytuł mistrzowski. W tamtym finale zdobył dwie bramki, które wraz z trafieniem Emmanuela Petita przesądziły o wyniku. Osiem lat później, na berlińskim Opympiastadion, znów jest u szczytu, gdy w 7. minucie gry z rzutu karnego pokonuje byłego kolegę z Juve, Gianluigiego Buffona. Piękne trafienie w stylu Panenki, idealny gol na przypieczętowanie kariery. To wymarzony początek i wydaje się, że nic nie jest w stanie przeszkodzić piłkarzom Raymonda Domenecha w sięgnięciu po trofeum. A gdyby ktoś powiedział, że przeszkodzi w tym Zidane? Kapitan i serce reprezentacji Francji?

W tym meczu jest wspaniały, zapewnia swojej drużynie równowagę, nie myli się. Nie można tego powiedzieć o Marco Materazzim. Po jego faulu na Maloudzie, który miał miejsce w obrębie szesnastki, arbiter dyktuje rzut karny wyegzekwowany przez Zizou. Stoper Interu zrehabilituje się – to jego strzał głową zapewni dogrywkę. W ostateczności ten finał kręci się wokół nich dwóch – Zidane’a i Materazziego – i pomiędzy nimi się rozstrzygnie.

Horacio Elizondo musi skonsultować się z Mediną Cantalejo, arbitrem technicznym. Jest przecież świadom wagi takiej decyzji w dogrywce finału. Nie ma jednak innego wyjścia i podnosi czerwoną kartkę w kierunku Zizou. Jedna prowokacja Materazziego, wulgarnie obrażającego siostrę Francuza. Jedno uderzenie głową w klatkę piersiową Włocha, który pada na ziemię jak rażony piorunem. Jeden Puchar Świata – Zidane już go nie podniesie, przechodzi obok trofeum, schodząc do szatni w 110. minucie gry. Jeden jedyny będzie także rzut karny, który tego wieczora nie załopocze w siatce. Podczas decydującej serii jedenastek myli się wyłącznie David Trezeguet, a jego pomyłka daje zwycięstwo Włochom. Najlepszym graczem tego mundialu dziennikarze wybiorą Zizou. Podobno głosowanie zakończyło się przed 110. minutą, w pierwszej połowie dogrywki.

 – Nie jestem dumny z tego, co zrobiłem – przyzna po jedenastu latach. – To wydarzenie stało się częścią mojej kariery i mojego życia. 

Trener bez papierów

– Nie uważam Zidane’a za kolegę po fachu, ponieważ nie ma licencji. Kiedy ją uzyska wtedy będę nazywać go kolegą – deklarował w 2014 Paco Jemez, wówczas trener Rayo, na antenie rozgłośni Cope. Nie tak miała zacząć się trenerska przygoda Francuza. Po roku wspomagania Carlo Ancelottiego Zizou ruszył do samodzielnej pracy, przejmując stery Realu Madryt Castilla. Słowa Andaluzyjczyka o braku licencji, pozwalającej na wykonywanie tego zawodu w Hiszpanii, wywołały medialną burzę. Zinedine’a wziął w obronę Ancelotti, argumentując, iż Francuz jest w trakcie kursu w ojczystym kraju i niebawem uzyska uprawnienia. Włoch powoływał się na fakt, że on sam także rozpoczął pracę nie posiadając tytułu trenera. Głos zabrał wreszcie sam Johan Cruyff. – Wolę dobrego trenera bez papierów niż marnego, który je ma, ale brak mu pomysłów – wyrokował Holender.

Fakt pozostawał jednak faktem, a prawo prawem – Jemez miał rację. Regulacje prawne w Hiszpanii nie pozwalały Zidane’owi prowadzić drużyny w rozgrywkach Segunda División B. Został ukarany zawieszeniem w prawach trenera, które trwało jednak zaledwie trzy miesiące. Odwołanie ze strony Realu Madryt zostało przyjęte przez Trybunał Administracyjny ds. Sportu i Zizou powrócił na ławkę Castilli. Rok później, w 2015, uzyska licencję UEFA Pro. Mija zaledwie siedem miesięcy od tej chwili, gdy miara kompromitacji Rafy Beniteza w roli trenera Los Blancos przekracza dopuszczalne granice. Istnieje jeden kandydat do jego zastąpienia, którego pożąda w tamtym momencie całe madridismo. Zinedine Zidane.

(fot. nsmag.com)

Nowy Guardiola

Trudno nie ulec sugestii, że ma zostać nowym, madryckim Guardiolą. Choć nie jest wychowankiem stanowi żywą legendę Real Madryt – nawet gdy zakończył już piłkarską karierę, nigdy nie rozstał się z klubem. Jest młody, pracę rozpoczął w drużynie rezerw, po czym został rzucony na głęboką wodę. Nawet nosi się jak Pep – smukły czarny garnitur, biała koszula, wąski krawat. Sam twierdzi, że wzoruje się na wizerunku George’a Clooneya.  Jego charyzma i boiskowy autorytet mają wprowadzić dyscyplinę w drużynie. To nie Benitez, bez posłuchu i siły przebicia w szatni. To nawet nie dobry wujek Ancelotti. Sława, którą Zidane wywalczył na murawie, wyprzedza go na ławce trenerskiej. 

Pracę w roli szkoleniowca rozpoczyna od magicznej hiszpańskiej manity: Real pokonuje Deportivo la Coruña 5:0. Choć to imponujący wynik, mało kto spodziewa się wtedy, że przejmując drużynę w połowie sezonu zdoła doprowadzić ją do zwycięskiego finału Ligi Mistrzów. A potem do kolejnego – po raz pierwszy w historii rozgrywek Pucharu Europy w nowej formule. W tym samym roku sięgnie też po mistrzostwo Hiszpanii, dla jego klubu pierwsze od pięciu lat. To tytuł, którego nie można zbagatelizować. Choć Real Madryt jest rekordzistą pod względem liczby mistrzostw, w ostatnich latach krajowe rozgrywki zmonopolizowała Barcelona. Los Blancos Zidane’a dają madridistom nadzieję na odzyskanie miejsca na czele Primera División.

Per aspera

„Mieć kwiatek w tyłku” albo „urodzić się stopami do przodu”. W języku hiszpańskim oba te barwne wyrażenia oznaczają to samo – mieć niewiarygodne szczęście. Choć pochodzenie pierwszego z nich jest dość enigmatyczne, to drugie nie pozostawia wątpliwości: dzieci, które rodziły się stopami do przodu, rzadko przychodziły na świat bez szwanku. Jeśli któreś z nich przeżyło oznaczało to, iż musiało mieć ogromne szczęście. Zupełnie jak Real Madryt, gdy objął go były pomocnik Les Bleus.

Królewscy mieli za sobą trudne pół roku pod wodzą Beniteza, okraszone kompromitacją w El Clasico, kiedy Barcelona pokonała ich 4:0 na Santiago Bernabeu. Wydaje się, że nowy trener nie tylko dodaje drużynie paliwa, ale też sprawia, że rodzi się ona na nowo – nogami do przodu. Gdy Wolfsburg pokonuje Real 2:0, wszystko wskazuje na to, że eliminacja już na etapie ćwierćfinału Ligi Mistrzów jest możliwa. A jednak piłkarze Zidane’a odrobią straty. W półfinale z City znów uśmiecha się do nich szczęście, gdy Fernando wbija gola do własnej bramki. Niemal mityczne stają się punkty, które w końcówkach ligowych spotkań ratują trafienia Sergio Ramosa. W sezonie 2016/17 takich bramek w ostatnich pięciu minutach podstawowego czasu gry padnie aż jedenaście.

 Sielanka trwała do obecnego sezonu, gdy szczęście postanowiło opuścić Real. W klubach takich jak Madryt odpowiedzialność zawsze spada na trenera. Zidane’owi wypomina się brak koncepcji, przemęczanie tych samych zawodników, schematyczne zmiany, niewłaściwe przygotowanie do sezonu.  Wypomina się konferencje prasowe pełne frazesów, oklaski przy linii bocznej, które już dawno nie dodają zawodnikom energii. – To oczywiste, że jestem za to odpowiedzialny – przyznał po tym, jak Leganes sensacyjnie wyrzuciło Real za burtę Pucharu Króla. – To ja muszę znaleźć rozwiązania, by drużyna stała się efektywna.

Ta presja nie jest mu obca. Z pewnością pamięta jak wyglądały jego początki w Madrycie, gdy był zawodnikiem. Sezon 2001/02 stanowił stulecie klubu; w tym jubileuszowym roku Real przegrywa finał Pucharu Króla z Deportivo La Coruña na własnym stadionie. Ligę kończy na trzeciej lokacie. Pierwsze miesiące Francuza w nowej drużynie są dla niego traumatyczne. Trafia w centrum krytyki prasy i kibiców. Kupiona za miliony gwiazda, która nie przyniosła wyników. – Zdarzyło mi się wtedy powiedzieć kolegom, że może lepiej byłoby, gdybym odszedł – przyzna po latach. – Ale ludzie mówili, że to minie i mieli rację. W ostateczności wszystko przemija.

Waga zwycięstwa

Po 29 kolejkach La Ligi jego klub znajduje się na trzecim miejscu, piętnaście punktów za Barceloną i cztery za Atlético. Jedno trofeum, Puchar Króla, już przepadło. Pozostaje więc ona – Liga Mistrzów, która w tej chwili jest wszystkim. To rozgrywki nierozłącznie związane z Realem Madryt i z karierą francuskiego pomocnika. Losowanie ćwierćfinałowych par znów wydaje się drwić z Zinedine’a. „Kiedy jesteś w Juventusie, zostajesz w nim na zawsze” – wyznał swego czasu. Teraz znów stanie po jednej ze stron w starciu Juve kontra Real Madryt.

„Bycie dobrym zawodnikiem nie gwarantuje, że będzie się dobrym trenerem. Może pomóc, ale nic więcej”. To chłodna ocena, jaką sam sobie wystawił na początku drogi w roli szkoleniowca. Bieżący sezon stanowi pierwszy poważny kryzys w jego trenerskiej karierze, która tak naprawdę dopiero się rozpoczyna. Ale przecież bez przezwyciężenia kryzysów nie da się zrobić kroku naprzód. „Grając we Włoszech nauczyłem się, czym jest zwycięstwo. Jaka jest jego waga”. Przed kolejnym meczem o sezon, w którym znów będzie walczyć z Juventusem, waga zwycięstwa jest jeszcze większa.

Magdalena Żywicka
sport.tvp.pl, FCBarca.com
(@eoren23)