Debuchy: Z zaświatów na ratunek?

Kiedy w ostatnich godzinach zimowego okienka Arsenal z ulgą oddawał Mathieu Debuchy’ego Saint-Etienne, wieść o transferze nie poruszyła nikogo. Anglicy właściwie zapomnieli o jego istnieniu, a dla Francuzów powrót zasłużonego reprezentanta do domu miał głównie sentymentalną wagę. Nie było pewności, czy na takim ruchu zyskają Zieloni, a co dopiero… reprezentacja Francji.

Jeszcze pół roku temu sugestia, jakoby najlepszą po Djibrilu Sidibé opcją Didiera Deschampsa na prawej obronie mógł być 32-letni, wywoływany z rezerw Arsenalu tylko na pucharowe mecze Mathieu Debuchy, byłaby najwyżej nieuprzejmym wobec weterana żartem. Teraz to twierdzenie całkiem bliskie prawdy.

Prosto z koszmaru…

Gdy podpisywał kontrakt z ASSE, zalet transferu trzeba było upatrywać przede wszystkim w doświadczeniu – czternasta w tabeli, nieskładna drużyna potrzebowała obytych z wielkim futbolem ludzi, którzy pomogą na dobre przegonić widmo walki o utrzymanie. Mathieu daleko jednak było do gwaranta piłkarskiej jakości. Już dwa lata wcześniej zawitał do Ligue 1 za sprawą wypożyczenia do Bordeaux i wyraźnie zawiódł: Żyrondyści nie zdecydowali się go zatrzymać, choć jedyną przeszkodą była pensja – Arsenal już wówczas nie oczekiwał gotówki. Podobnie jak zeszłego lata, kiedy za darmo niemal przygarnęła Mathieu Nicea – by w ostatniej chwili się rozmyślić i wybrać Christophe’a Jalleta. Trudno było liczyć, że od tego czasu się poprawił, skoro jesienią zagrał tylko w siedmiu spotkaniach – czterech w LE, dwóch w Pucharze Ligi i jednym w Pucharze Anglii. W Premier League tylko raz załapał się do kadry i nie wszedł na boisko nawet na minutę.

Miesiąc przed wyjazdem z Anglii, w jednym z ostatnich spotkań w barwach Kanonierów – wygranym 6:0 starciu z BATE – założył kapitańską opaskę i zdobył bramkę. Ładny obrazek na pożegnanie nie przyćmił jednak faktu, że Debuchy znajdował się wtedy w najgorszym momencie swojej kariery.  Pozbawiony życiowej szansy w wielkim klubie przez trzy poważne kontuzje w pierwszym sezonie, bez choćby jednego startu w Premier League od listopada 2015, od dwóch lat bezskutecznie wypychany z Arsenalu.  Les Verts byli dla niego ostatnim kołem ratunkowym tak samo, jak on dla nich.

…w piękny sen…

Jean-Louis Gasset zignorował niepokojące przesłanki i postawił na niego w stu procentach – dekadę młodszy Saidy Janko (swoją drogą, także z nieudaną przygodą na Wyspach na koncie: w Manchesterze United i Celticu) natychmiast wyleciał poza kadrę, a Mat trzy dni po podpisaniu umowy wyszedł w pierwszej jedenastce na ligowy mecz. W 62. minucie debiutu strzelił dla nowego zespołu gola, w dodatku na wagę prowadzenia. Nadspodziewanie dobry początek okazał się nie jednorazowym wybrykiem, a zapowiedzią znakomitej rundy.

Do Debuchy’ego wreszcie uśmiechnęło się szczęście. Pierwszy raz od czterech lat może się cieszyć pewnym miejscem i dobrym zdrowiem – w Arsenalu kontuzje prześladowały go za każdym razem, kiedy zbliżał się do wyjściowej jedenastki; uraz przytrafił mu się także na wypożyczeniu w Bordeaux. Skutek passy przerasta wszelkie oczekiwania: uratowany w ostatniej chwili od zapomnienia piłkarz stał się niezastąpionym ogniwem drużyny, a do rzetelnej gry w obronie dokłada kolejne bramki. Po debiucie udało mu się to jeszcze trzykrotnie, zaś jedno z tych trafień sprawiło, że po czterech meczach od przybycia stał się bohaterem kibiców. W 90. minucie wyjazdowych Derbów Rodanu – meczu z Lyonem, śmiertelnym rywalem ASSE – Mathieu dał swojemu zespołowi sensacyjny remis. Przywiezione z Parc OL 1:1 dobrze ukazuje, ile zmienił w zespole Debuchy i jego nowy partner, także niechciany w poprzednim klubie Neven Subotić: jesienią Zieloni przegrali domowe derby aż 0:5.

Odkąd Mathieu trafił na Geoffroy-Guichard, zagrał we wszystkich 12 meczach Saint-Etienne i tylko raz zszedł z boiska przed czasem.  Co więcej, jak dotąd nie przegrał z nową drużyną ani jednego meczu, podczas gdy w 23 kolejkach przed jego zakontraktowaniem Les Verts przegrywali aż 11 razy.  Ta radykalna poprawa nie jest rzecz jasna tylko zasługą Francuza – w zimowym okienku zmieniła się połowa jedenastki, zaś praca zatrudnionego w grudniu trenera Gasseta jest nie do przecenienia – ale Debuchy zasłużenie został jedną z twarzy zaskakującej przemiany. Jego niesamowity powrót do żywych został natychmiast doceniony: już w lutym, tuż po bramce na stadionie Lyonu, obrońca wygrał w ligowym plebiscycie na piłkarza miesiąca, a miejsca w kolejce po wyróżnienie musiał mu ustąpić między innymi Neymar.

…o Rosji

Jestem zaskoczony, że udało mi się tak szybko wrócić na ten poziom. Zaskoczony i szczęśliwy – mówił Mathieu w niedawnym wywiadzie, w którym bez ogródek przyznał też, jaki jest jego cel na najbliższe tygodnie: – Po wszystkim co przeszedłem, niesamowicie byłoby zwieńczyć te cztery miesiące w Saint-Etienne wyjazdem na Mundial. Ogłoszenie składu będę na bieżąco śledził w telewizji… Jak wszyscy.

Jego powrót do reprezentacji wciąż byłby niespodzianką – przynajmniej jeśli leczący kontuzję Sidibé wykuruje się na czas. Wówczas wiodącym kandydatem na zmiennika będzie prawdopodobnie młody stoper Stuttgartu, Benjamin Pavard, któremu Deschamps dawał już szansę na prawej obronie. W formie z ostatnich miesięcy Debuchy musi jednak kusić selekcjonera jako ograny, bardziej naturalny w roli prawego obrońcy zawodnik. W każdym razie, jego kandydatura jest dziś zupełnie poważna i nie ma powodu, by ją lekceważyć: żaden prawy obrońca Ligue 1 nie grał w ostatnich miesiącach lepiej od niego.

Eryk Delinger
(@E_Delinger)