Unai Emery: przeznaczenie, pasja, opętanie

Najbardziej lubi pracować w nocy. Siedzieć nad wideoanalizą do drugiej, trzeciej. Pobudka o ósmej rano, szybkie śniadanie i trzeba ruszać w drogę. Do pracy. – Za mało czasu poświęcam żonie, dziecku. W dniu w którym odpoczywam od pracy idę oglądać jeszcze więcej piłki. I jeszcze więcej. Unai Emery – człowiek opętany przez futbol.

– Nasser, po co ty mnie właściwie zatrudniłeś? Czego we mnie szukasz? Wątpliwości Emery’ego mają uzasadnienie. Fakt, gablotę przy Nervión wypełnił pucharami, ale Sevilla to nie PSG, a Liga Europy to nie Liga Mistrzów. To szczebel kariery, który jak dotąd pozostawał poza zasięgiem wzroku Unaia. Al-Khelaïfi na te pytania ma jedną odpowiedź: – Zatrudniam cię, bo twoja kariera cały czas pnie się wzwyż. Ty już masz gen zwycięzcy.

Po raz pierwszy odebrał połączenie z paryskiego numeru i wysłuchał oferty. Kolejnego dnia zapisał się na kurs francuskiego. Dla Emery’ego był to złoty czas. Pod jego komendą Los Nervionenses właśnie sięgnęli po piątą Ligę Europy. Dla niego to trzeci rok z kolei, gdy wygrywa ten puchar. Trzy europejskie tytuły z rzędu to coś, czego jak dotąd dokonał jedynie Bob Paisley, który w drugiej połowie lat 70. zdobył z Liverpoolem Puchar UEFA i dwukrotnie Puchar Europy. W Hiszpanii nie osiągnął tego jeszcze żaden szkoleniowiec. Trzy europejskie trofea wywalczył z jednym klubem tylko legendarny Miguel Muñoz. Nawet on potrzebował do tego pomocy Di Stéfano, a potem młodego ducha nowego Realu Madryt, który na fali Beatlemanii przeszedł do historii jako drużyna Yé-yé. Gdy Emery zdobywa z Sevillą trzeci z rzędu puchar Ligi Europy, ma 44 lata. To moment, w którym łatwo jest uwierzyć w słowa Al-Khelaïfiego: kariera Unaia dopiero się rozpoczyna, a on już wie jak pachnie zwycięstwo.

Łatwo też dać się ponieść jego magii. Mimo że przyszedł na świat w baskijskim miasteczku Hondarribia, gdzie triumfy święci miejscowa drużyna wioślarska, na swoje opętanie skazany był od urodzenia. Wnuk, syn i bratanek piłkarzy. Jego dziadek, Antonio Emery, znany jako Pajarito, to pierwszy portero w historii ligi hiszpańskiej, który stracił bramkę. Niechlubny, ale pamiętny moment. Później Pajarito stanie się legendą swojej epoki. Román i Juan, jego stryjeczny dziadek i ojciec, też grali w barwach Realu Irún. To ich rodzinny klub, którego Unai nigdy nie reprezentował. Ironia sprawi, że to właśnie na stadionie Irún osiągnie swój pierwszy trenerski sukces. Pod jego wodzą Lorca Deportiva wygra baraże i awansuje do Segunda División. Real Irún zwyciężył wtedy w pierwszym meczu i wszystko było już przygotowane, by świętować promocję na zaplecze La Liga. Ale Lorca pójdzie za słowami swojego trenera: „Hej, chłopaki, to jest wyjątkowa szansa! Przy tym Liga Europy to gówno”.

Skazany na futbol…

…Ale nie na kopanie piłki. – Umiałem obserwować grę i miałem dobrą lewą nogę, ale brakowało mi siły, przyspieszenia… Nie byłem trudnym przeciwnikiem, bo nie umiałem odpowiedzieć w grze na odpowiednio wysokim poziomie. Przyznaje to z pewnym niesmakiem, przełykając nerwowo ślinę. Sam siebie określa jako zawodnika miernego, najwyżej przeciętnego. Mundo Deportivo nigdy nie wystawiło mu noty wyższej niż trzy. Gra w piłkę nie sprawiała mu też przyjemności. – Kiedy nie było mnie na liście powołanych mogłem odetchnąć z ulgą, ponieważ odczuwałem ogromną presję i szczerze mówiąc – byłem obsrany ze strachu. Chciałem grać, ale gryzły mnie wątpliwości. Bezsprzeczne, że nie urodził się do gry. Pewnej zimy wyjechał na trzy dni odpoczynku do domu. Wtedy po raz ostatni opuścił Lorkę jako piłkarz. Powrócił jako trener.

Unai może pociągać. Wysoki brunet, o rysach, które na pierwszy rzut oka zdradzają jego baskijskie korzenie. Baskowie byli i są odmienni od każdej europejskiej nacji. Trudno spodziewać się po nich czegoś innego niż szaleństwo, a Emery uosabia je w każdym calu. Zawsze w perfekcyjnie skrojonym garniturze, do twarzy mu w czarnym. Lubi modę i zwraca uwagę na to, co na siebie zakłada. Podczas meczu można jednak odnieść wrażenie, że stan kosztownego garnituru przestaje go interesować – teraz liczy się tylko piłka. Rzuca się przy linii bocznej i gestykuluje jakby rzeczywiście postradał zmysły. Niektórzy zarzucają mu, że swoim zachowaniem rozprasza zawodników i wzmaga w nich stres. – To ignorancja – oburza się Unai. – Gdyby ci, którzy dużo gestykulują przekazywali nerwowość, nikt z nich niczego by nie osiągnął. Przyjrzyjcie się, jak gestykulują Guardiola i Simeone. To, co przekazują to nie jest nerwowość. To pasja.

Trenerzy, których wymienia, są też jego zawodowymi punktami odniesienia. To do nich najczęściej się odwołuje, choć reprezentują zupełnie odmienne filozofie gry. W świecie Emery’ego ofensywne posiadanie piłki drużyn Pepa nie kłóci się z ideą żelaznej obrony Cholo. Wyznaje teorię, że grać piłką powinno się wtedy, gdy jest się silniejszym od przeciwnika; jeśli to on ma przewagę, trzeba skupić się na grze bez piłki i kontratakach. Jeszcze przed przeprowadzką na Parc des Princes wiele wątpliwości wzbudzało to, czy Bask będzie w stanie zaadaptować się do stylu gry, którego oczekuje się w Paryżu. Jego Sevilla była zwycięska, tak, jednak jego PSG musiało być piękniejsze. Emery zamyka to wszystko w jednym słowie: rywalizacja. – Wiecie co to jest? To świadomość w jaki sposób musimy grać, by być lepsi. Grając piłką, czy bez piłki, utrzymując posiadanie czy oddając je, w tym ustawieniu czy w innym, z tym zawodnikiem czy z tamtym… Nie są to słowa bez pokrycia. Jego Valencia grała znacznie bardziej ofensywnie niż jego Sevilla. Jak grałaby jego Barcelona? – Nie każdy mógłby trenować taki klub. Istnieją trenerzy, którzy pojmują tę idiosynkrazję, którzy znają strukturę klubu, rozumieją tę grę… A potem muszą dostosować się do Messiego. Adaptacja. To słowo, które w jego słowniku pojawia się niemal tak często jak praca.

Wszystko jest nauką

– Chciałem opuścić swoją strefę komfortu – to jedyna odpowiedź jakiej udziela na pytanie dlaczego z marszu zdecydował się na przyjęcie oferty z PSG. Wcześniej spływały do niego lukratywne propozycje z Napoli i West Hamu. Oba te kluby oferowały mu nie tylko pieniądze, ale też budżet na budowę ambitnego projektu. Brakowało im jednak smaku, którego Emery chciał spróbować od dawna: Ligi Mistrzów. Był świadom, że rzucił się na głęboką wodę, a oczekiwania w stolicy Francji będą nieporównywalne z tymi, które ciążyły na nim w Andaluzji. Gdy został zaprezentowany jako trener PSG przyznał, że nie widział jeszcze Parc des Princes. Oczywiście prócz nagrań wideo, kolejnej z jego obsesji. Poproszony o pozdrowienia po francusku nie był w stanie wydusić z siebie zdania, mimo że od razu zaczął się uczyć tego języka.

Sezon zweryfikował wiarę, jaką pokładał w nazwisku Baska Al-Khelaïfi. PSG oddało mistrzostwo Monaco, zaś po paśmie strat punktów z Montpellier, Nice i Guingamp zaczęto głośno mówić o konieczności zmiany szkoleniowca. W tym momencie niejeden chętnie zobaczyłby jego głowę zatkniętą na masztach przy Parc des Princes. – Mamy wspaniałego trenera, który oddaje całe swoje serce i bardzo dużo z nami pracuje – Verratti stanął wtedy za nim murem – Problem naszej drużyny jest mentalny, to brak koncentracji. To nie jest kwestia taktyki. I jeszcze jedno zdanie włoskiego pomocnika, deklaracja o ogromnym ciężarze: – To nasza wina. Piłkarzy.

Niebawem nadszedł dwumecz z Barceloną w ramach wyśnionej Ligi Mistrzów, który poprowadził drużynę z nieba prosto do piekła. Sezon pozostawił po sobie gorzki posmak i masę wątpliwości. Pomimo tego Paris Saint-Germain pod wodzą Baska sięgnęło po trzy puchary. Tym ostatnim, majowym, był Coupe de France. Gdy trofeum zostało wzniesione Unai mógł wreszcie podsumować swój wybór. – Jestem wyjątkowo samokrytyczną osobą, ale zachowuję spokój. W mojej karierze miałem wiele dobrych momentów i wiele złych. Nauczyłem się, że żeby zanotować postęp trzeba najpierw stawić czoła tym złym. Dla mnie wszystko jest dobre, jeśli możesz z tego wyciągnąć naukę.

Gdy inni piją poranną kawę, kładą się do snu, czytają gazetę albo oglądają film, on prawdopodobnie po raz kolejny odtwarza ten sam mecz najbliższego rywala. Jest opętany futbolem. Ten obłęd, który jego rodzina ma we krwi, przekazał dalej. Jego syn, Lander, podobnie jak dziadek i pradziadek jest bramkarzem. Gdy jego ojciec odpoczywa od pracy, można znaleźć go na stadionie, stojącego z zamkniętymi oczami i wdychającego wilgotne powietrze.

– Lubię zapach murawy. Przy nim czuję się dobrze.

Magdalena Żywicka (@eoren23)
sport.tvp.pl, FCBarca.com


Tekst pierwotnie ukazał się w magazynie Le Ballon #3 (czerwiec 2017), który możecie przejrzeć tutaj.