Od Monaco po Kraków: wieczny optymista Angelo Hugues

W sobotnim sparingu przy ul. Reymonta w Krakowie zderzą się dwa piłkarskie światy: szósty zespół polskiej Ekstraklasy, wydatki i przychody z transferów liczący w setkach tysięcy złotych, podejmie wicemistrza Francji, który tylko w tym roku zarobił na piłkarzach przeszło 300 milionów euro. Da się jednak między Wisłą Kraków a AS Monaco znaleźć bezpośredni, wspólny mianownik.

Angelo Hugues w trakcie dwudziestoletniej kariery zdobył dwa krajowe mistrzostwa. U progu zawodowstwa wygrał Ligue 1 z bodaj najzdolniejszą drużyną w dziejach Monaco, zaś w przedostatnim profesjonalnym sezonie zwyciężał Ekstraklasę jako członek legendarnej jedenastki krakowskiej Wisły.

Kosowski, Szymkowiak, Żurawski, Cantoro, Uche – nazwiska z jakimi Hugues dzielił szatnię w trakcie ledwie rocznego pobytu w Polsce właściwie każdy nadwiślański kibic recytuje bez zastanowienia. Jako młody golkiper Monaco u schyłku lat 80. Francuz obserwował i współuczestniczył jednak w początkach karier tak istotnych dla światowej piłki, jak te powyższe – dla polskiej.

Pierwsze zawodowe kroki stawiał mając przed sobą m.in. Manuela Amorosa, Patricka Battistona czy Claude’a Puela, od których równo z golkiperem szlify pobierali nastoletni Lillian Thuram i Emmanuel Petit.  Przez siedem lat w Księstwie oglądał także w akcji ówczesne i przyszłe ofensywne gwiazdy: uznanych Glenna Hoddle’a, Marka Hateleya, Jeana Tiganę czy startujących w wielkiej piłce George’a Weah i Youriego Djorkaeffa.  Najjaśniejszy punkt w CV Huguesa – mistrzostwo Francji z 1988 roku – był również pierwszą dużą trenerską zdobyczą Arsène’a Wengera. – Wszyscy ci gracze zostawili we mnie jakiś ślad – opowiadał w niedawnym wywiadzie Angelo – Byli przystępni, prostolinijni. Weah czy Petit byli niesamowicie sympatyczni, ale też silni mentalnie. Hoddle tak samo. Trening czy mecz, dla nich nie było różnicy.

Na nieszczęście młodego bramkarza w monakijskim gwiazdozbiorze najjaśniejszym punktem był Jean-Luc Ettori. Legendarny golkiper strzegł bramki Monaco przez blisko dwie dekady i ustanowił w tym czasie rekord liczby występów we francuskiej pierwszej lidze (602 mecze), pobity dopiero w 2013 roku przez Mickaëla Landreau. Hugues nie mógł się mierzyć z takim konkurentem – rozegrał dla Monaco zaledwie 11 spotkań i w 1993 roku opuścił klub, popisując się przy tym jeszcze większą odwagą, niż gdy dekadę później przyjmował ofertę z Polski. By zacząć regularnie występować, podpisał kontrakt z właśnie relegowanym do trzeciej ligi Guingamp. – Zupełnie się nie bałem – wspominał były piłkarz Wisły – Nie mogło mi się przytrafić nic gorszego niż brak gry. Poza tym czułem w klubie wielką ambicję do natychmiastowego powrotu. Bardzo chciałem podjąć tę przygodę.

Ryzyko popłaciło.  Drużyna, którą Angelo współtworzył m.in. z Hubertem Fournierem, byłym kapitanem Legii Zbigniewem Kaczmarkiem i późniejszym mistrzem świata Stéphanem Guivarc’hem, okazała się życiowym dziełem trenera Francisa Smereckiego.  Ekipa Guingamp z Huguesem w bramce przeczyła rozsądkowi: rok po roku wywalczyła awanse do drugiej – i pierwszy raz w historii – pierwszej ligi. – Mam z tamtego sezonu [1995/1996] tylko dobre wspomnienia. Nie było łatwych meczów, o punkty musieliśmy walczyć. Miałem przed sobą dziesięciu maratończyków, dziesięciu ludzi zdolnych wytrzymać na boisku dwie, trzy godziny.

Szczytowe osiągnięcia EAG i Huguesa nadeszły dopiero w kolejnych rozgrywkach. Guingamp wygrało Puchar Intertoto i w 1/32 Pucharu UEFA zmierzyło się z wielkim Interem Mediolan. Wtedy po raz pierwszy w karierze Angelo zaznaczył się trop, który miał powrócić do głosu kilka lat później: nadspodziewanie udaną kampanię w europejskich pucharach przerwał mecz z włoskim klubem, do teraz wspominany jako stracona szansa.

18-tysięczny Stade du Roudourou nigdy wcześniej nie gościł drużyny tego formatu, ale początkowo to goście byli speszeni – grali kiepskie spotkanie, zaś EAG miało kilka bramkowych okazji. Nie wykorzystało ich, a Maurizio Ganz swoją – owszem. W ostatnim kwadransie gospodarze do reszty się rozsypali. Dawny kolega Angelo, Youri Djorkaeff wykorzystał jedenastkę dla Włochów, broniący barw Guingamp Marek Jóźwiak obejrzał czerwoną kartkę, a na koniec bramkarz wyjął z siatki trzecią piłkę – po strzale Ciriaco Sforzy. – Wciąż nie wiem, jakim cudem zdołaliśmy przegrać tamten mecz 0:3 – przeżywał jeszcze po latach pomocnik tamtej ekipy, Jerome Foulon. W rewanżu na San Siro padł remis 1:1, nad którym nikt jednak szczególnie się nie rozwodził. Inter dotarł wtedy do finału rozgrywek, a Ganz został z ośmioma golami najlepszym strzelcem.

W tamtym sezonie piłkarze Smereckiego zapisali się w historii jeszcze raz, docierając do finału Pucharu Francji. Ten jednak przegrali. Pewna spadku do drugiej ligi zwyciężyła po rzutach karnych. O ile klęska z Interem nie obciążała konta Huguesa, o tyle po pucharowym finale miał sobie co nieco do zarzucenia: – Nie popełniłem wprawdzie wielkich błędów, ale też nie zrobiłem niczego wartościowego. W karnych niewystarczająco często rzucałem się we właściwym kierunku.

 Po przegranym finale Hugues pozostał w EAG jeszcze na rok. Zawiodło go zdrowie, stracił zaufanie trenera, a zespół spadł do drugiej ligi.  Stamtąd trafił do Lorient, gdzie spędził tylko sezon i znów posmakował spadku. O relegacji przesądził bilans bramek. Zabrakło jednego gola, a w ostatniej kolejce Lorient przegrało 0:1 z… Monaco. Golkiper chciał zostać w klubie i walczyć o powrót do pierwszej ligi, ale nie dogadał się z Christianem Gourcuffem co do nowego kontraktu.

Stamtąd trafił do Olympique’u Lyon, gdzie przez trzy lata pełnił rolę zmiennika Gregory’ego Coupeta. W 2002 roku, tuż przed rozpoczęciem ery ligowej hegemonii Les Gones, jego kontrakt dobiegł końca. Wtedy sięgnął po niego Henryk Kasperczak. – Polska była niesamowitym doświadczeniem – mówił we francuskim wywiadzie Hugues – Nawet jeśli nie zawsze graliśmy na dobrych boiskach, a warunki pogodowe bywały trudne. Tym bardziej musiałeś być bardzo silny fizycznie i technicznie, żeby unikać głupich wpadek. Atmosfera na stadionach była zaś wspaniała, nawet u mniej renomowanych rywali.

Pierwszy francuski zawodnik w historii Ekstraklasy pozostawił po sobie mieszane uczucia.  Zażegnał obawy, jakie towarzyszyły transferowi wiekowego rezerwowego OL i okazał się dobrze pasować do efektownego stylu Wisły Kasperczaka . Żaden dobry występ Huguesa – a tych w pierwszej połowie sezonu nie brakowało – nie zapisał się jednak w pamięci kibiców tak wyraźnie, jak pomyłka w przegranym 1:2 meczu z Lazio, który przerwał historyczną passę Białej Gwiazdy w Pucharze UEFA. Jego wizerunkowi nie pomogło, że w gruncie rzeczy nigdy nie przyznał się do błędu – po meczu bagatelizował swoje niepewne wyjście i przypisywał stratę kluczowej bramki złej komunikacji z obrońcami.

W rzeczywistości Angelo Hugues nigdy nie był jednak zarozumiałym, przesadnie pewnym siebie typem, za jakiego mógł uchodzić po tamtej sytuacji. Sprawia raczej wrażenie kogoś, kto w każdej sytuacji za wszelką cenę szuka pozytywów. O siedmioletniej odsiadce na ławie Monaco, za plecami Ettoriego, mówił: – Nauczyła mnie cierpliwości. O byciu wiecznym zmiennikiem Coupeta: – Lata w Lyonie były świetne. Atmosfera w klubie robiła wrażenie. Wisienką na torcie byłoby zagrać kilka meczów więcej, ale zawsze byłem częścią zespołu. Jako najcenniejsze sportowe wspomnienia wskazuje początki zawodowej gry, w Dunkierce: – To była drużyna kumpli. Lubię myślami wracać do tamtych chwil.

Jego los nie potoczył się jak u typowego pierwszoligowego gracza – jak choćby dawnych kolegów z Wisły, Arkadiusza Głowackiego i Macieja Stolarczyka, którzy od niedawna prowadzą drużynę jako dyrektor sportowy i trener. Angelo Hugues od półtora roku pracuje w firmie transportowej pod Dunkierką. Twierdzi, że nie tęskni za piłką: – Często jestem w drodze i sprawia mi to przyjemność, bo uwielbiam podróżować.