Le retour du Titi. Żółtodziób na ratunek

Trzynastego października oficjalnym stało się to, o czym tak długo plotkowano. Nowym trenerem AS Monaco został były wybitny reprezentant Francji, Thierry Henry. Ruch to odważny, żeby nie powiedzieć ryzykowny, a przede wszystkim – ruch, który sprawi, że Ligue 1 zyska na atrakcyjności. Oto na ławce jednego z największych klubów ligi zasiada Mistrz Świata i Mistrz Europy, zdobywca Ligi Mistrzów, najlepszy strzelec w historii reprezentacji Francji. Słowem, legenda.

Dla popularnego Titi’ego to powrót do klubu, gdzie debiutował w seniorskich rozgrywkach, a zarazem pierwsza samodzielna posada trenerska w karierze. Jeszcze na mundialu w Rosji pełnił rolę asystenta Roberto Martíneza w sztabie reprezentacji Belgii. Dla kadry Czerwonych Diabłów pracował przez dwa lata i po mistrzostwach jasnym stało się, że czuje się gotowy do pracy na własny rachunek. Naturalnym kierunkiem dla byłego snajpera Arsenalu wydawała się Francja, ale wszyscy myśleli raczej o wyzwaniu mniejszego kalibru.

W sierpniu wszystko wskazywało na to, że Henry jest na najlepszej drodze do objęcia Bordeaux. Z nieoficjalnych informacji wynika, że byłemu reprezentantowi Francji nie podobała się sytuacja w klubie (poprzedni szkoleniowiec, Gus Poyet, został wyrzucony po tym, jak głośno wyraził swoje niezadowolenie ze sprzedaży Gaëtana Laborde’a, pomimo innych ustaleń z szefostwem klubu), a także niejasna sytuacja właścicielska Żyrondystów. Henry rozpoznał także słabości zespołu i na wstępie zażądał sporego transferowego wsparcia. Klub z Nowej Akwitanii, który w atmosferze skandalu i wzajemnych oskarżeń (w tle pojawił się nawet strajk piłkarzy) żegnał poprzedniego szkoleniowca, potrzebował kogoś, kto załagodzi sytuację. Niewykluczone, że Thierry zauważył, że jego zatrudnienie ma mieć charakter pijarowy i przykryć  problemy Żyrondystów. Stąd pewnie późniejsze zatrudnienie w roli szkoleniowca człowieka związanego z klubem przed laty – Ricardo Gomesa.

Wymarzony start czy wielka pułapka?

Legenda francuskiej piłki nożnej trafiła do klubu lepiej zorganizowanego, mającego więcej piłkarskiej jakości w szatni i zdecydowanie większe środki od Bordeaux. Do klubu, który regularnie w ostatnich latach występuje w Lidze Mistrzów. Nie można jednak zapominać, czyja to zasługa. Jeszcze przed sześcioma laty zespół z księstwa występował w drugiej lidze. Kres chudym czasom położył Claudio Ranieri, który po awansie do elity w pierwszym sezonie pracy z drużyną wywalczył wicemistrzostwo w drugim. Pomimo świetnego wyniku w klubie uznano, że formuła się wyczerpała i przed nowym sezonem do Monaco ściągnięto z zielono-białej części Lizbony Leonardo Jardima. Przez cztery sezony pracy Portugalczyk nie zszedł z podium w lidze, a szczególnie w pamięć zapadł sezon 2016/17. Mistrzostwo Francji i pozostawienie w pokonanym polu gwiazdozbiór z Paryża, a także półfinał Ligi Mistrzów. Wynik, który, wydawało się, zapewni Jardimowi status nietykalnego. Jak się okazało – do czasu.

Sześć punktów w dziewięciu kolejkach i 18. miejsce w tabeli było dla rosyjskich szefów Monaco wystarczające, by uznać, że praca Jardima nie przyniesie zespołowi już nic dobrego. Na usprawiedliwienie Portugalczyka trzeba zaznaczyć, że niekończąca się wyprzedaż najlepszych graczy (Mbappé, Lemar, Mendy, Bernardo Silva, BakayokoFabinho – to tylko wierzchołek góry lodowej) nie pomagała w zaprowadzaniu stabilności w klubie. Henry stoi tak naprawdę u progu nieznanego. Z jednej strony – każdy trener chciałby rozpoczynać karierę w tak komfortowych warunkach, jakie na tle reszty ligi panują w Monaco. Z drugiej – jasnym jest, że drużyna musi natychmiast zacząć grać o niebo lepiej, a skoro z sytuacją nie potrafił poradzić sobie architekt poprzednich sukcesów zespołu z księstwa, to trudno przypuszczać by trenerski żółtodziób łatwo odmienił sytuację. W klubie zdają sobie sprawę z odwagi decyzji. Wiceprezes Wadim Wasilijew tak opowiadał o najbliższej przyszłości klubu: – Nie stawiamy przed Henrym żadnych konkretnych celów. Na dzisiaj zajmujemy 18-te miejsce w tabeli, trudno wobec tego mówić o celach. Na początek musimy wydostać się ze strefy spadkowej. Nie myślimy o końcu sezonu. Jedyne, co mamy w głowach, to wyjście z tej trudnej sytuacji.

Nowa miotła – na jaką modłę?

Jest za wcześnie, by mówić o stylu gry, jaki będzie chciał zaszczepić Henry. Na dzisiaj jego jedynym zadaniem jest wyjście z kryzysu. Jak widać, w Monaco postanowili, że najodpowiedniejszą osobą do powierzenia tego zadania będzie ktoś bezpośrednio związany z klubem. Pierwsza misja trenerska Henry’ego zapowiadała się niezwykle ciekawie. Od razu należało zakreślić na czerwono w kalendarzu datę 8. grudnia. Wtedy to naprzeciw siebie staną starzy znajomi z Arsenalu i reprezentacji Francji. Thierry Henry i Patrick Vieira – dwaj dżentelmeni, których zasług dla francuskiej piłki nożnej nie sposób zliczyć. Obaj stojący u progu kariery trenerskiej. Kiedy pogłoski o powrocie Titiego do Francji przybierały dopiero na sile, wydawało się jednak, że Vieira podejdzie do starcia z trudniejszej pozycji – jego Nicea zaczynała sezon na dnie. Starszy z byłych Kanonierów zażegnał już pierwszy kryzys, zaś młodszy jest w gorszym położeniu niż ktokolwiek mógł przypuszczać.

Trudne początki

Sześć meczów – zero zwycięstw, dwa remisy, cztery porażki. Dwa punkty. Bilans bramkowy – 4:14. Tak przedstawiają się osiągnięcia Monaco odkąd stery przejął nowy trener. Efektu nowej miotły nie widać. Titi desperacko próbuje dodać swoim piłkarzom trochę pewności siebie – co nie dziwi biorąc pod uwagę liczne kontuzje (aktualnie 12 zawodników jest wyłączonych z gry przez urazy!) i serię 16 meczów bez zwycięstwa we wszystkich rozgrywkach (ostatnia wygrana zanotowana 11 sierpnia!). Największy problem piłkarzy czerwono-białych leży teraz w ich głowach. Tak przynajmniej zdaje się sądzić Henry, który po każdym meczu skupia się na pozytywach w grze swojej drużyny.

Tak było po przegranym 1:2 debiucie ze Strasbourgiem: – Kontrolowaliśmy grę od początku spotkania. Straciliśmy niefortunną bramkę, ale błędy to rzecz ludzka. Nie możemy obwiniać za to Seydou Sy. Mecz mógł się potoczyć lepiej dla nas, ale czegoś zabrakło. Najważniejsze, że potrafiliśmy stworzyć sobie sytuacje strzeleckie. Podobnie po wyjazdowym remisie z Brugią w Lidze Mistrzów: – Podobała mi się gra moich piłkarzy. Wywozimy dobry wynik z trudnego terenu. Jest pole do poprawy, ale podobała mi się nasza intensywność w grze i mądrze budowane kontrataki. Widzę w moich piłkarzach przekonanie i ducha walki. Wyprowadzaliśmy kontrataki dużą liczbą zawodników. Uważam to za pozytywne oznaki i solidny grunt do tego, by iść naprzód.

Pozytywnych odczuć nowego szkoleniowca zdają się nie podzielać jednak kibice Les Rouge et Blanc. Po porażce z Nimes zgotowali sceny kojarzone raczej z polskich boisk niż z meczów najlepszych lig Europy. Zarządzili przy swojej trybunie pomeczową rozmowę wychowawczą, w której w rolę adwokatów drużyny wcielili się jej kapitan – Radamel Falcao i doświadczony stoper – Kamil Glik. Długo po meczu tłumaczyli się z fatalnej dyspozycji. Rozmowa nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, bo w kolejnych spotkaniach Monaco poniosło dotkliwe porażki z Club Brugge (0:4) i z PSG (0:4). Na domiar złego w dniu rewanżowego spotkania z belgijskim zespołem świat obiegły informacje o zatrzymaniu prezesa klubu, Dmitrija Rybołowlewa, któremu po całodniowych przesłuchaniach i przeszukaniu jego apartamentu prokurator postawił zarzuty korupcyjne.

Nadzieja?

W sytuacji monakijczyków próżno szukać pozytywów. Seria niefortunnych zdarzeń trwa w najlepsze, ale może to powód, by szukać optymizmu? W klubie nie wykonują gwałtownych ruchów. Już po porażce z PSG kolejny raz wsparcie dla nowego szkoleniowca zdążył wyrazić wiceprezes klubu, Wadim Wasiljew. Wydaje się, że zapowiedzi długofalowego proces, którego główną postacią ma być Henry, nie są tylko czczą gadaniną. Jak długo można mieć pecha? Może to szukanie pozytywów na siłę, ale przecież klub ma w ręku wszelkie atuty, by wrócić na właściwie tory. W Monaco nadal figurują piłkarze, których pozazdrościć może im ¾ ligi. Aleksandra Gołowina po mundialu ścigały znacznie silniejsze kluby. Wystarczy, że zawodnicy tacy jak on zaczną grać na swoim optymalnym poziomie, a klub poszybuje w górę tabeli.

Henry jest w Monaco symbolem. Wszyscy pamiętają go z czasów świetności. Niejeden jego dzisiejszy podopieczny miał nad łóżkiem jego plakat. Jeżeli ktoś ma tchnąć w tych piłkarzy nową nadzieję, to wybór szefostwa wydaje się najlepszym możliwym. Sprzymierzeńcem nowego trenera jest ogromny kredyt zaufania, jakim został obdarzony, a także specyfika klubu z księstwa – brak presji wielotysięcznej widowni. Wydarzenia z Nimes należy traktować w kategorii incydentu, a wręcz ewenementu. Zarząd po fatalnym początku sezonu zupełnie zredukował oczekiwania wobec drużyny. Najważniejsza jest poprawa gry. Nikt nie mówi o finiszu rozgrywek czy o europejskich pucharach – nie do pomyślenia w żadnym wielkim klubie w Europie. Henry paradoksalnie ma duży komfort pracy: jest świadomy umiejętności swoich podopiecznych, a wymagania kierownictwa są do nich niewspółmierne. Powroty kontuzjowanych, odbudowanie pewności siebie i odrobina więcej szczęścia na murawie – to może być przepis wystarczający na rozwiązanie problemów Monaco.

Damian Adamowicz