W cieniu Goliata

Zanim Paris Saint-Germain na dobre trafiło do rąk bogatych krezusów z Kataru, w Ligue 1 rządziły dwie siły – Lille oraz Montpellier. Les Dogues sięgnęli po krajowy tytuł w sezonie 2010/11, z kolei klub zmarłego rok temu prezesa Louisa Nicollina zagrał na nosie paryżan w pierwszym roku rządów szejków w stołecznym klubie. O tym, że historia lubi się powtarzać wiedzą nawet nad Sekwaną, a dzisiaj znów po kilku chudszych latach te dwa kluby wróciły do ligowej czołówki. Za plecami nietykalnego PSG, udaną piłkarską jesień mają zarówno Lille oraz Montpellier.


Dwadzieścia dziewięć punktów po piętnastu kolejkach – obecny bilans Montpellier bardzo przypomina ten z sezonu 2011/12 na tym samym etapie rozgrywek. Wówczas, klub z Południa Francji sensacyjnie sięgnął po tytuł mistrza kraju, wyprzedzając, jak się wtedy wydawało, skazanych na sukces piłkarzy Paris Saint-Germain. Tym razem o podobnym scenariuszu mowy nie ma, a niemal bezbłędny start paryżan nie daje nad Sekwaną wątpliwości o końcowym wyniku bieżących rozgrywek. Czternaście zwycięstw w piętnastu meczach, podopieczni Thomasa Tuchela nie mają sobie równych na krajowym podwórku. Wydane miliony na wzmocnienia w ostatnich latach zrobiły swoje i PSG znalazło się dzisiaj na zupełnie innym pułapie niż konkurencja z Ligue 1. Za ich plecami jednak toczy się jednak zacięta walka o miejsca na podium. Pod nieobecność pogrążonej w kryzysie drużyny AS Monaco, do walki o miano drugiej i trzeciej siły w lidze dość niespodziewanie włączyli się piłkarze Montpellier i Lille. Obie drużyny w tabeli dzielą tylko dwa punkty, a najbliższe tygodnie wyjaśnią, czy w dalszej części sezonie te dwa kluby stać będzie na walkę o awans do europejskich pucharów.

Powrót do przeszłości

Opierając się na solidnych fundamentach w defensywie z poprzedniego sezonu, zespół trenera Michela Der Zakariana dokonał latem kilku rozważnych ruchów na transferowym rynku. W obecnych rozgrywkach Montpellier straciło zaledwie jedenaście bramek, czyli zaledwie o dwa trafienia więcej niż obecny lider ze stolicy. Pewnym punktem drużyny jest bramkarz Benjamin Lecomte, którego dobry start sezonu doprowadził nawet do reprezentacji Trójkolorowych. Pod nieobecność kontuzjowanych Hugo Llorisa i Steve’a Mandandy, 27-letni portier dostał we wrześniu powołanie na zgrupowanie świeżo upieczonych Mistrzów Świata. W Ligue 1 tylko Edouard Mendy z Reims może się poszczycić większą liczbą meczów z czystym kontem – sam Lecomte aż siedmiokrotnie zakończył spotkanie bez straty bramki. W pięcioosobowej linii defensywnej naturalnym liderem jest niezmordowany weteran Vitorino Hilton. 41-latek pozostaje jednym z nielicznych piłkarzy z kadry Montpellier, będący częścią mistrzowskiego zespołu z 2012 roku. Latem z klubem pożegnali się Nordi Mukiele i Jérôme Roussillon, a ich miejsce w składzie zajęli wychowanek Nicolas Cozza oraz sprowadzony latem Ambroise Oyongo. Rezultat? Zespół ze Stade de la Mosson jest drużyną, której rywale oddają najmniej strzałów na bramkę w tym sezonie. Żelazna kurtyna wciąż działa i jest pewnym punktem trzeciego zespołu Ligue 1.

Największą metamorfozę można jednak zauważyć w animacji ofensywnej – głównie za sprawą dokonanych latem wzmocnień. Gaëtan Laborde, Florent Mollet, Petar Skutelić i Andy Delort znacząco wzmocnili siłę ataku Montpellier. Z dwudziestoma czterema strzelonymi bramkami klub z południa Francji może się pochwalić czwartym najlepszym bilansem w lidze. Co ciekawe, w całych ubiegłych rozgrywkach zespół Der Zakariana zdobył raptem 36 goli i był jednym z czterech najgorszych pod tym względem zespołów w Ligue 1. Głównym architektem tej przemiany jest sprowadzony z za dwa miliony euro Florent Mollet. 26-letni ofensywny pomocnik wypełnił lukę, jaka powstała po odejściu Ryada Boudebouza przed rokiem. Technika oraz umiejętności byłego piłkarza FC Metz dyktują tempo ataków Montpellier, które wcześniej opierały się głównie na szybkości skrzydłowych. Mollet zwiększył zatem wachlarz możliwości w przodzie. Na szpicy za strzelanie bramek odpowiedzialni są natomiast Gaëtan Laborde oraz Andy Delort – mający w swoim dorobku po siedem bramek w tym sezonie. Dwaj charakterni napastnicy także stanowią znakomity dodatek do jedenastki MHSC. Na Stade de la Mosson Delort w końcu ma szansę odbudować formę sprzed wyjazdu do Meksyku dwa lata temu, z kolei Laborde może w końcu liczyć na pełne zaufanie ze strony swojego szkoleniowca. Wychowanek Bordeaux był w przeszłości wypożyczany do klubów Ligue 2, jednak po powrocie nigdy nie został pierwszoplanową postacią w barwach Żyrondystów. Jego transfer w ostatnich dniach letniego mercato doprowadził nawet do trzęsienia ziemi w klubie z Akwitanii. Niezapowiedziana sprzedaż napastnika do Montpellier wpędziła w furię Gusa Poyeta – ówczesnego trenera Bordeaux. Urugwajczyk kilka dni później pożegnał się z pracą, a Laborde w atmosferze skandalu opuścił swój macierzysty klub. Przenosiny do Oksytanii okazały się jednak dobrym krokiem. Co prawda 24-letni napastnik aż sześć kolejek musiał czekać na premierowe trafienie w nowych barwach, ale od tego czasu zdążył wyrównać już swój rekord w jednym sezonie L1. Po nieco ponad dwunastu miesiącach pracy z Montpellier, Michel Der Zakarian stworzył zatem zespół kompletny. Szkoleniowiec konsekwentnie, bez wielkich wydatków, naprawił mankamenty z poprzednich rozgrywek i znalazł odpowiednią harmonię w drużynie ze Stade de la Mosson. Mieszanka rutyny, młodzieży z prężnie działającej klubowej akademii oraz charakternych zawodników po przejściach przynosi jak dotąd wiele radości kibicom Montpellier. W 2012 roku podobna kompozycja zapewniła klubowi pierwszy i jedyny w swojej historii tytuł Mistrza Francji. Tym razem PSG wydaje się być poza zasięgiem lokalnych konkurentów, jednak zakończenie sezonu na podium byłoby i tak nie lada wyczynem.

Porządek z chaosu

Osiem zwycięstw, trzy remisy i cztery porażki – obecny bilans Lille znacząco różni się od tego sprzed roku. Jesienią 2017 roku klub z Północy Francji zajmował drugie miejsce od końca tabeli po nieudanym kilkumiesięcznym eksperymencie z Marcelo Bielsą w roli głównej. Płynna i skuteczna gra w ofensywie, szczelna defensywa, wydajne połączenie doświadczenia i młodzieńczej fantazji – takie jest dzisiaj oblicze zespołu, który niemal do końca poprzednich rozgrywek walczył o utrzymanie w Ligue 1. Metamorfoza Lille ma prawo robić wrażenie. O ile dobry sezon Montpellier jest konsekwencją metodycznego i planowanego rozwoju, o tyle w Lille wszystko wydaje się wyrastać z chaosu poprzednich miesięcy. Burzliwe rozstanie z Bielsą zapoczątkowało okres niepewności zarówno pod względem sportowym jak i finansowym. Szumnie zapowiadany projekt LOSC Unlimited, którego twarzą miał być właśnie El Loco zaliczył bolesny falstart. Pokaźne inwestycje w infrastruktury i transfery nadwyrężyły ekonomiczne podłoża projektu nowych właścicieli. Efekt? Prezes Gérard Lopez był zmuszony renegocjować warunki długu oraz zaciągnąć kolejną pożyczkę u swoich wierzycieli – Elliott Management i Manchester Securities. Te dwa amerykańskie fundusze są kontrolowane przez nowojorskiego miliardera Paula Singera. Przed startem obecnych rozgrywek media znad Sekwany spekulowały, iż w przypadku kolejnego słabego sezonu i niemożności spłaty długu, Lille mogłoby nawet definitywnie trafić w ręce Amerykanina. Plotki te zostały następnie zdementowane, a dobry start w krajowych rozgrywkach całkiem przyćmił temat finansowania projektu LOSC Unlimited. Od tego czasu połowę całego długu Lille od Elliott odkupił nawet bank JP Morgan. W przyszłości klub ma funkcjonować i zarabiać na transferach, wzorując się na modelu AS Monaco z ostatnich kilku lat. Gwarantem takiej polityki ma być dyrektor sportowy Luis Campos, który w przeszłości również pracował w klubie z księstwa.

Tegoroczne mercato przebiegło zupełnie inaczej niż rok wcześniej. Bielsa wybrał się na zakupy z carte blanche, wydając na transfery blisko 70 mln euro. Tym razem, na zakupy trener Galtier przeznaczył prawie dziesięć razy mniejszą pulę. Kadrę należało przewietrzyć. Priorytetem był głównie zarobek na tych piłkarzach, którzy mieli na rynku największą wartość. Dlatego też z Lille pożegnali się Yves Bissouma, Ibrahim Amadou, Kévin Malcuit czy Hamza Mendyl. Obecna wartość zespołu oscyluje dzisiaj w okolicy 120 mln euro, a dobry start w wykonaniu piłkarzy uwiarygadnia model ekonomiczny oparty na spekulacji transferowej perspektywicznych zawodników. By ustabilizować swoją sytuację finansową, klub z północy Francji musi spłacić zadłużenie szacowane na nieco ponad 200 mln euro. Tego lata transfery przyniosły 55 mln euro, jednak przed komisją nadzorującą finanse klubów Ligue 1 i Ligue 2, prezes Gérard Lopez zobowiązał się zarobić o 25 mln euro więcej. Obecnie trzy wypożyczenia z opcją transferu definitywnego (Yassine Benzia w Fenerbahçe, Junior Alonso w Celcie Vigo, Anwar El-Ghazi w Aston Villii) mogą w najlepszym przypadku przynieść dodatkowe 19 mln euro do czerwca przyszłego roku. By zakończyć sezon z dodatnim bilansem, Lille musi zatem znaleźć dodatkowe 6 mln – dobry wynik sportowy mógłby ograniczyć dalszą wyprzedaż.

Po zwolnieniu Bielsy i jego przenosinach na drugi brzeg Kanału La Manche, ekipę Dogów przejął więc doświadczony Christophe Galtier. Jego priorytetem było przede wszystkim uszczelnienie defensywy – trzeciej najgorszej w poprzednich rozgrywkach z 67. straconymi bramkami w 38. kolejkach. Pomimo straty kluczowych piłkarzy jak sprzedany do Napoli Kévin Malcuit, obrona pozostaje filarem dobrych wyników Lille. Do klubu dołączył m.in. doświadczony Portugalczyk José Fonte, Mistrz Europy z 2016 roku. Jego duet z Adamem Soumaoro na środku formacji, jest wyjątkowo korzystny dla drużyny. Niespodzianką jest także gra dwóch bocznych obrońców Zeki Celika i Fodé Ballo-Touré. Z dziesięcioma straconymi bramkami, Lille dysponuje obecnie jedną z najlepszych defensyw w Ligue 1. Nie przeszkadza to jednak rozwijać skrzydła także w ataku. Trzon ofensywny Les Dogues tworzy duet Jonathan BambaNicolas Pépé. Obaj piłkarze zdobyli ponad 70 % bramek zespołu w tym sezonie Ligue 1, choć w jedenastce trenera Galtiera występują głównie na bokach w roli skrzydłowych. W ofensywie jedyną zmienną w ataku jest obsada szpicy, wysuniętego napastnika. Na początku rozgrywek na tej pozycji występował Lebo Mothiba, jednak pod presją szukania zarobków na transferach, klub sprzedał w sierpniu napastnika z RPA do Strasburga. Jego następcą, na zmianę, są od tej pory Rui Fonté oraz powracający do Francji po kilku latach gry zagranicą Loic Rémy. Na gwiazdę zespołu wyrósł jednak wspomniany wcześniej Nicolas Pépé. Sprowadzony z Angers rok temu za 10 mln euro skrzydłowy w końcu w pełni rozwinął skrzydła i stał się jednym z liderów ekipy Mastifów. Dynamiczny i dobrze wyszkolony technicznie 23-latek już przyciąga uwagę najlepszych klubów Starego Kontynentu. W Lille najczęściej faulowany, najwięcej drybluje, odnotowuje najwięcej kluczowych podań i jest liderem w liczbie oddanych strzałów – dzisiaj trudno sobie wyobrazić LOSC bez Nicolasa Pépé. Jeśli utrzyma równie wysoką dyspozycję, to w kolejnych miesiącach lista chętnych na zakontraktowanie Iworyjczyka tylko się wydłuży. Już dzisiaj media znad Sekwany spekulują na temat zainteresowania Arsenalu, Sevillii, Schalke czy Borussii Dortmund. Latem działacze z Północy Francji mieli odrzucić ofertę w granicach 30 mln euro, teraz za swojego piłkarza mogą żądać nawet o 20 mln więcej.

Z dorobkiem 27. punktów po piętnastu kolejkach, Lille jest na dobrej drodze, by zapomnieć o fatalnych rozgrywkach z poprzedniego sezonu. Zważając na formę PSG na krajowym podwórku, powtórka z 2011 roku jest raczej niemożliwa. Jednak drużynę Dogów z pewnością już stać na powtórzenie wyniku z sezonu 2004-2005. Wówczas po trzynastu kolejkach klub ze Stade Pierre Mauroy liczył tylko o dwa oczka więcej i zakończył rozgrywki na drugim miejscu – tuż za Lyonem. Jeśli zabójczy duet Mastifów utrzyma strzelecką formę, taki scenariusz wydaje się bardzo prawdopodobny. Póki co, z chaosu poprzedniego sezonu Lille stało się dość niespodziewanie drugą siłą w lidze i mocnym pretendentem w walce o wicemistrzostwo Francji. Obie metamorfozy – zarówno Lille, jak i Montpellier, stanowią ciekawą alternatywę dla zespołów pokroju Lyonu czy Marsylii. Za plecami PSG, pod nieobecność pogrążonego w kryzysie AS Monaco, walka o podium zapowiada się w tym roku niezwykle obiecująco.

Tekst ukazał się w tygodniku Piłka Nożna (nr 47/2018)