Benjamin Nivet – pomocnik trwalszy niż ze spiżu

Rok 1997 był szalony. Bokserskie szaleństwo poniosło Mike’a Tysona, gdy odgryzł Evanderowi Holyfieldowi kawałek ucha. Muzyczne – wzięło górę w polskich stacjach radiowych, które katowały Polaków gorącymi kobietami Norbiego. Szaleństwo rajdowe, przykre – uciekającego przez paparazzi Henriego Paula doprowadziło do wypadku samochodowego, w wyniku którego zginęła księżna Diana. Nieco ponad tydzień po tragedii, niecałe 200 km na południowy wschód od Paryża – w Auxerre – na boiskach Ligue 1 zadebiutował 20-letni Benjamin Nivet.

Dwie dekady później ten sam piłkarz, mający za sobą ponad 600 występów na dwóch najwyższych szczeblach francuskiego futbolu, wciąż trwał w swojej pasji. Nie we francuskim odpowiedniku ligi szóstek czy A-klasy, a na profesjonalnym poziomie w barwach ESTAC Troyes, które zajmując trzecie miejsce w Ligue 2 wywalczyło prawo walki o ekstraklasę. Wątpliwe, aby udało się dostąpić tej szansy bez Niveta, który w wieku 40 lat, jako ofensywny pomocnik, rozegrał na zapleczu Ligue 1 36 meczów, strzelając siedem bramek i asystując przy ośmiu.

Do nieba wzięci

Barażowy dwumecz z Lorient był szansą na zabliźnienie ran po tragicznym sezonie 2015/16. Wówczas Nivet także grał w Troyes i dobrze pamięta słynny – rekordowy w historii ligi – łomot 0:9 od PSG. Klub z przeszywającym hukiem zleciał z Ligue 1, odnosząc pierwsze zwycięstwo dopiero pod koniec stycznia, a sezon kończąc z zaledwie 18 punktami, 19 oczek za przedostatnim Gazelec. Mimo kompromitacji ESTAC Nivet nie musiał wstydzić się za swoje występy. Zaliczył ponad 30 występów, trzy gole i pięć asyst.

Nietrudno się domyślić, jak bardzo zmotywowani podchodzili do barażu zawodnicy Jean-Louisa Garcii. Spotkanie na Stade de l’Aube lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy po golu Stephane’a Darbiona schodzili na przerwę z jednobramkowym prowadzeniem. Po przerwie Troyes zgasło, a do głosu doszło Lorient, które na 10 minut przed końcem spotkania doprowadziło do remisu. Już wydawało się, że decydujący o awansie będzie rewanż, ale w 91. minucie na 25 metrze piłkę przyjął nie kto inny, jak Nivet. Celnym uderzeniem pokonał swojego imiennika Benjamina Lecomte’a. Szaleństwo ogarnęło nie tylko kibiców, ale też samych zawodników. Ostatniego gwizdka Ruddy’ego Buqueta, który wybrzmiał dwie minuty później, strzelec wyczekiwał z zabandażowaną głową: – Kiedy świętowaliśmy moją bramkę przeciwko Lorient, przez przypadek moja czaszka zaliczyła kontakt z zębami Jimmy’ego Giraudona, a że włosów na niej nie ma, zostałem delikatnie skrobnięty.

W rewanżu Benjamin Nivet zagrał tylko 20 minut, ale w meczu nie padły bramki i Troyes mogło cieszyć się z awansu. Doświadczony pomocnik przypomniał światu o swoim istnieniu. Po zwycięskim dwumeczu mer Troyes, Francois Baroin, pół-żartem, pół-serio powiedział, że musi zacząć szukać w mieście odpowiedniego miejsca na pomnik dla Niveta.

 Z innej epoki

W styczniowym wywiadzie dla „Le Parisen” 40-latek podsumował długą karierę. Większość jego klubowych kolegów nie pamięta czasów, gdy Francja nie była jeszcze mistrzem świata – a Nivet miał już wówczas 20 lat i stawiał pierwsze kroki w profesjonalnej karierze. Jego pierwszy kontrakt opiewał na kwotę podaną we frankach, które zostały wyparte przez euro w 2002, a wpisana suma wynosiła zaledwie 15 tysięcy, co w przeliczeniu daje nieco ponad 2000 euro.

Zapytany o różnice między futbolem z początków jego kariery a obecnym, odpowiada: – Postęp w globalizacji piłki jest naprawdę niewyobrażalny. Szeroko zakrojone relacje z mediami, liczba transmisji telewizyjnych… Kiedyś wszystko było bardziej swojskie. Gdy zaczynałem grę pod okiem Guya Rouxa, nie do pomyślenia było też, żeby agenci wchodzili na teren bazy Auxerre, a teraz są wszechobecni.

Mimo różnicy wieku nie ma problemu z kontaktem z kolegami. Nie korzysta z portali społecznościowych, ale nie potępia zawodników korzystających z nowych technologii. Tęskni jednak za futbolem swojej młodości: – Pieniądze zarabiane przez obecnych piłkarzy są szalone i trochę kuszące, ale sposób w jaki gram bardziej przystaje do lat 70. i 80., kiedy gra była mniej intensywna, z czym miałem zawsze problem, a bardziej liczyło się zaangażowanie do ostatniej minuty.

Tę zawziętość ilustruje choćby liczba żółtych kartek, jakie Nivet zebrał w trakcie kariery. Dziś typowy ofensywny pomocnik nie jest aż tak bardzo zaangażowany w grę obronną; czasem nawet wręcz ją pozoruje. Nivet jest inny. Twardy. Stale ogląda minimum sześć żółtych kartek rocznie. Mimo takiej gry tylko raz – w sezonie 2011/12 – otrzymał bezpośrednią czerwoną kartkę. „Zawzięty” nie znaczy „brutalny”.

Niezawodny

Benjamin Nivet jest fenomenem pod względem regularności. Przez kolejne 14 sezonów, zaczynając od 2003 roku, nie zdarzyło mu się rozegrać mniej niż 30 ligowych spotkań. Ponad 600 meczów, 111 goli i niemal tyle samo asyst. Jak na pomocnika ciągle zawieszonego między dwoma szczeblami ligi – świetne liczby.

Pomocnik Troyes nie ma w swojej gablocie wartościowych trofeów – Auxerre zwyciężyło w 1997 roku w Pucharze Intertoto, ale Nivet nie miał wkładu w ten sukces – jednak nie znaczy to, że nie ma czym się pochwalić. W 2006 roku w rankingu L’Equipe znalazł się wśród 10 najlepszych pomocników sezonu. Jest również rekordzistą pod względem liczby nominacji do XI sezonu w Ligue 2: trafiał tam w 2005, 2010, 2013 i 2014.

Miniony sezon zakończył 14-letnią pasę, gdyż pomocnik po raz pierwszy w karierze doznał poważniejszej kontuzji, która wykluczyła go na niespełna trzy miesiące. I tak rozegrał 25 spotkań w Ligue 1. Szybko doszedł do siebie i strzelając w kwietniu przeciwko Marsylii stał się najstarszym zdobywcą bramki w historii ligi. Był również jedynym obok Vitorino Hiltona zawodnikiem po czterdziestce na boiskach francuskiej ekstraklasy.

Kwiecień Niveta był na tyle dobry – dwie bramki i asysta – że trener Jean-Louis Garcia wskazał weterana jako najważniejsze ogniwo drużyny w walce o utrzymanie. Zwyżkę formy doświadczonego pomocnika docenił również portal Football Stories, w którego ankiecie na najlepszego zawodnika sezonu Nivet zajął trzecie miejsce, za Cavanim i Gustavo, ale przed Neymarem. Wyróżnienie z przymrużeniem oka, ale i z dozą szacunku dla staruszka.

Próba utrzymania ESTAC się nie powiodła. Klub finiszował na 19. miejscu i pożegnał się z Ligue 1. Benjamin nie planuje jednak kończyć kariery. Umowa wygasa wraz z końcem czerwca, ale zawodnik podkreśla, że czuje się na siłach do dalszej gry. Na jego słowie można polegać tak samo, jak na grze, więc niewykluczone, że niebawem jeszcze raz wróci do L1.

***

Pierwsze mecze po spadku były dla Troyes wyjątkowo nieudane. Klub nie potrafił odnaleźć się w nowej-starej rzeczywistości i pałętał się w strefie spadkowej, co choć częste w przypadku spadkowiczów, mimo wszystko było dużym zaskoczeniem. Jednak wiara w umiejętności trenerskie Rui’ego Almeidy była na tyle duża, że trenera, który dołączył do ESAC w maju 2018 roku, postanowiono zostawić na ławce i dać szansę na wyjście z kryzysu – co ostatecznie się udało. Niestety upływ czasu jest nieubłagany i w małym odrodzeniu Troyes oraz w walce o awans (na dziewięć kolejek przed końcem rozgrywek, klub znad Sekwany traci do trzeciego miejsca, dającego możliwość walki w barażach traci zaledwie cztery punkty) nasz bohater odgrywa coraz mniejszą rolę. 42 lata na karku i rola kapitana – teraz bardziej już dobrego ducha szatni – odpowiada Nivetowi, w wywiadach mówi, że dzięki dobremu prowadzeniu cały czas ma możliwości, aby wspomóc drużynę, choćby w ostatnich fragmentach spotkaniach, gdy doświadczenie jest wyjątkowo ważne. Mała liczba minut spędzonych na boisku utrudniła zdobycie premierowej bramki w sezonie 2018/2019, ale podskórnie czuję, że gdyby Troyes udało się osiągnąć trzecią pozycję i dostać się do baraży, to czołową postacią tego dwumeczu ponownie byłby Benjamin Nivet. Czy wtedy zakończyłby karierę? Niewiadomo, ale kolejna możliwość oglądania na poziomie Ligue 1 równolatka Vitorino Hiltona byłaby niesamowitą historią, godną kariery tego wyjątkowego zawodnika.

Artykuł z magazynu Le Ballon #5
Michał Bojanowski