Champions Project, czyli Hollywood w Marsylii

Champions Project, czyli nowy trener, setki milionów inwestycji i właściciel z doświadczeniem w zarządzaniu klubem. Przejęcie Olympique’u przez Franka McCourta jawiło się jako spełnienie amerykańskiego snu i wyniesienie Marsylii na należny jej piedestał. Od tego momentu minęło już 30 miesięcy. Co w tym czasie udało się osiągnąć, a co zaprzepaszczono? I czy przypadkiem lepsze nie okazało się wrogiem dobrego?

Przyjście do klubu pasjonata sportu stanowiło nowość dla kibiców Marsylli. Przez osiem lat przyzwyczaili się oni do innej rzeczywistości, w której klubem władała średnio interesująca się piłką Margarita Louis-Dreyfus – akcje odziedziczyła po zmarłym w 2009 roku mężu Robercie Louis-Dreyfusie. Tym samym oczekiwania względem amerykańskiego biznesmena były wygórowane. Inicjatorem całej transakcji był aktualny prezes l’OM Jacques-Henri Eyraud, który zwrócił się z prośbą do McCourta o zainwestowanie w Marsylię – początkowo sam chciał przejąć klub. Oficjalnie mówi się, że Amerykanina do przejęcia klubu przekonała niesamowita historia drużyny i niezwykła pasja kibiców, niekiedy destrukcyjna, do niebiesko-białych barw. Z pozoru cliché, ale z tym okresem wiąże się ciekawa historia zahaczająca o najwyższe stanowiska państwowe we Francji.

Długo przed zakupem francuskiej drużyny biznesmen był na weselu w Prowansji, gdzie bezrefleksyjnie wywiązała się rozmowa o sporcie. Jak później mówił, wszystko schodziło na temat Les Olympiens, ale tak naprawdę nie tylko w Prowansji, a w każdej części Francji można znaleźć zajadłych kibiców drużyny z południa. W trakcie gdy Amerykanin pracował nad umową, został przedstawiony wielkiemu fanowi OM, który urodził się w Amiens, czyli niemal 1000 kilometrów od Marsylii. Panowie przypadli sobie do gustu i od tego czasu utrzymywali stały kontakt, nie tylko w sprawach sportowych. Niedługo po tym, jak McCourt kupił klub, tamten fan, Emmanuel Macron, został prezydentem Francji.

Równie dobrze co o Macronie nowy właściciel wypowiadał się o kibicach, którzy od lat są uznawani za najbardziej wymagających i ortodoksyjnych. „OM to coś prawdziwego, coś, co jest we krwi. Nie chciałbym, aby było inaczej. Czymś strasznym byłoby mieć apatycznych fanów niezaangażowanych w doping i życie klubu”. Ciekawe, czy obowiązek zapłacenia kilkuset tysięcy euro kar wymierzanych za między innymi rasistowskie incydenty przez francuskie władze i UEFA oraz liczne protesty przeciwko Rudiemu Garcii, jak i jemu samemu nie zmieniły tego zdania?

Miliarder z Bostonu karierę w sporcie rozpoczął od zakupu w 2004 roku baseballowej drużyny L.A Dogers za około 400 milionów dolarów. Po ośmiu latach sprzedał zespół z Miasta Aniołów za 2,15 miliarda, bijąc przy tym rekord w historii MLB. Tuż po tej transakcji nazywano go w amerykańskich mediach McBrilliant, ale mimo sukcesów sportowych nie będzie dobrze wspominany. Zanim wyjechał z Los Angeles, Dodgersi złożyli wniosek o ogłoszenie bankructwa. Samego McCourta oskarżono o wykorzystywanie funduszy klubowych do opłacenia swojego wystawnego życia – w tym okresie zakupił kilka nieruchomości w okolicy. Oficjalnie nie zostały postawione mu zarzuty, ale całe zamieszanie związane ze sprzedażą klubu nie stawiało go w dobrym świetle. Sytuacja jest skomplikowana, dlatego zainteresowanych wypada odesłać tekstu, który obszernie ją wyjaśnia (klik). Co ciekawe jedna z marsylskich grup ultrasów nazywa się Les Dodger’s – niektórzy mogliby to uznać za nieszczęśliwy omen.

McCourt zaczął swoje rządy od zmiany organizacji klubu. Prezesem został wyżej wymieniony Jacques-Henri Eyraud, dyrektorem sportowym mianowano Andoniego Zubizarretę, a na trenerskiej ławce zasiadł Rudi Garcia – mistrz Francji z Lille. Realizację planu podbicia Ligue 1 i Europy kontynuowano w zimowym okienku transferowym, gdy do drużyny za 30 milionów euro trafił idol miejscowych kibiców i ówczesny etatowy reprezentant Les Bleus Dimitri Payet – pobito tym samym rekord transferowy Marsylii. Jednak od początku McCourt podkreślił, że nie będzie kopiował metod stosowanych w PSG, czyli wydawania dziesiątek milionów na pojedynczych graczy i tworzenia szatni pełnej celebrytów. Nie można porównywać Marsylii z Paryżem pod żadnym względem – są to dwa skrajnie różne miasta, co jeszcze bardziej uwypukla antagonizmy między mieszkańcami – i nowy właściciel sprawiał wrażenie, jakby to rozumiał. Chciał przede wszystkim przyciągnąć na stadion jak najliczniejszą grupę fanów z okolicy – średnia na Stade Velodrome wynosi ponad 45 tysięcy.

Pierwszy sezon nowej zmiany nie stanowił przełomu, ale dzięki piątej pozycji w tabeli Marsylia zakwalifikowała się do Ligi Europy. Od początku przedsięwzięcia pod szyldem Champions Project było ono skrzętnie planowane przez prezesa i dyrektora sportowego. Zubizarreta przez pierwszą część 2017 roku podróżował po całej Europie i spotykał się z włodarzami największych potęg, aby nabrać doświadczenia i poznać tajniki funkcjonowania piłkarskich korporacji. Na zdobytej wiedzy miały zostać zbudowane solidne fundamenty. Pape Diouf, prezes Marsylii za czasów Roberta Louisa-Dreyfusa, od początku neguje personalne wybory Francka McCourta. Twierdzi, że taka postać jak Andoni Zubizarreta nie nadaje się na stanowisko dyrektora sportowego klubu pokroju OM, gdyż „myśli” portfelem Barcy. Nie potrafi dostosować się do realiów klubu, który ma znacznie mniejszy budżet.

Tournée Zubiego zaowocowało listą 30 zawodników, określanych jako „super joueuros”, którzy byli chętni na przenosiny do l’OM. I w tym momencie rozpoczął się konflikt na linii dyrektor sportowy-trener, gdyż Garcia zaakceptował jedynie dwa nazwiska z tej listy – Steve’a Mandandę i Adila Ramiego. A warto zaznaczyć, że wśród zdecydowanych na przyjście byli Stevan Jovetić czy Carlos Bacca – będący wówczas w bardzo dobrej formie. Rudi Garcia jednak najpierw kazał im czekać dwa miesiące, po czym bez konkretnego powodu zrezygnował z nich. Co jednak trzeba oddać trenerowi, opanował do perfekcji odzyskiwanie graczy, którzy byli akurat na zakręcie: Thauvin, Gustavo, Rami, Mandanda. Rozgrywki ligowe w wykonaniu Olympique’u za czasów Garcii to ciągła sinusoida. Raz seria porażek, raz – bez wprowadzenia większych zmian – jeszcze dłuższe pasmo zwycięstw. Gdy wydaje się, że były trener Romy lada dzień zostanie zwolniony, nagle zaczyna wygrywać i zamyka usta wszystkim krytykom. A tych przez ostatnie 2,5 roku nazbierało się naprawdę dużo.

Stworzenie nieźle funkcjonującego organizmu w oparciu o doświadczonych zawodników pokroju Mandandy, Gustavo i Payeta z nutką szaleństwa i kreatywności (Thauvin, Sanson, Ocampos) doprowadziło w zeszłym sezonie drużynę Garcii do finału Ligi Europy – 25 lat po wygraniu Ligi Mistrzów i pierwszego ważnego europejskiego finału dla klubu od 2004 roku. Jednak najsłabsza formacja Marsylii, jaką od lat jest obrona, uniemożliwiła równą walkę z Atletico Madryt. Dzięki sukcesowi na arenie międzynarodowej Rudi Garcia mógł bez obaw o stanowisko rozpocząć przygotowania do kolejnego sezonu.

Udana gra w Lidze Europy skusiła Franka McCourta do ponownego udostępnienia sporych środków na rzecz letnich wzmocnień. Niestety zakupów Kevina Strootmana, Duje Calety-Cara i Nemanji Radonjicia nie można traktować w inny sposób, jak uzupełnień składu. Środek pomocy i skrzydła są i tak bardzo mocną stroną Marsylii. Dużo większe braki, na środku obrony i ataku, które istnieją od kilku lat, nie zostały w odpowiedni sposób załatane – choć ostatnie mecze Calety-Cara dają nadzieję, że pierwsze pół roku były jedynie wypadkiem przy pracy.

Chęć ponownego podboju Europy i Ligue 1 w oparciu o niemal identyczną wyjściową „11” było bardzo ryzykowne. I podjęcie tego ryzyka się nie opłaciło, gdyż czołowi i najbardziej doświadczeni zawodnicy: Gustavo, Payet, Mitroglou znacznie obniżyli loty, co można również zrzucić na karb nieubłaganie mijającego czasu. Kolejna już sinusoida formy w lidze i fatalne mecze w fazie grupowej Ligi Europy – pięć porażek i remis – ponownie doprowadziły do publicznej krytyki działań Garcii i władz klubu. Rundę jesienną Marsylia kończyła na bardzo niskiej siódmej pozycji i niewiele zapowiadało poprawę. Gra oparta na dyspozycji jednego zawodnika (Thauvina) nie mogła przynieść zamierzonych efektów. Jakim więc cudem szkoleniowiec po raz kolejny uniknął zwolnienia? Po pierwsze w październiku z inicjatywy Eyrauda przedłużono kontrakt z Francuzem do 2021 roku, co trzeba traktować jako deklarację wiary w trenera. Po drugie, zwolnienie Garcii wiązałoby się z koniecznością wypłacenia mu gigantycznej odprawy (10 milionów euro) i przebudowy całego pionu sportowego w klubie – sztab jest niezwykle zżyty. Po trzecie, szatnia jest wierna trenerowi, o czym zapewniał kapitan drużyny Dimitri Payet.

Podchody pod Mario Balotellego trwały przeszło rok, w międzyczasie próbowano stawiać między innymi na Clintona N’Jie, Valerego Germaina czy Kostasa Mitroglou, ale żaden, delikatnie ujmując, się nie sprawdził. Krnąbrny Włoch w każdym klubie miał większe bądź mniejsze wybryki, ale po przyjeździe do Francji nieco ochłonął i nie był już tak destrukcyjny dla siebie i otoczenia. Przejście do Olympique’u nie było jedynie awansem sportowym dla zawodnika. Patrząc przez pryzmat miasta, kibiców i ogólnego szaleństwa nieodzownie związanego z tym klubem, ekscentryczny Mario po prostu tu pasuje. Obaw co do jego przydatności nie brakowało – zero bramek w rundzie jesiennej w Nicei mogło przerażać. Włoch miejsca dostał szansę na grę i od razu się odpłacił – strzelając w pierwszych sześciu meczach cztery bramki. Równocześnie z formą napastnika poprawiła się kulejąca niemal zawsze defensywa OM – w tym wyżej wspominany Caleta-Car – co w rezultacie dało komplet punktów w pięciu z ostatnich sześciu spotkań ligowych. Tym samym drużyna będąca w dużym kryzysie w ciągu miesiąca awansowała na czwartą pozycję i włączyła się w walkę o podium i możliwość gry w Lidze Mistrzów.

Ciężko jednoznacznie ocenić 2,5 roku pod wodzą Franka McCourta. Z jednej strony klub utrzymuje się w czołówce ligi – co patrząc choćby na AS Monaco, nie jest takie proste – i zaliczył niezwykle udaną przygodę w Lidze Europy. Z drugiej zaś oczekiwania po buńczucznych zapowiedziach zakładały większy awans sportowy, z Ligą Mistrzów na czele. Plany zweryfikowała rzeczywistość, ale prócz inwestycji transferowych Amerykanin powinien również zająć się rozbudową klubowej akademii, która jest jedną z najgorszych w kraju, co nie przystoi tak dużemu miastu, jak Marsylia. Nie wchodząc w historię i niedostrzeżenie talentu Zinedine’a Zidane’a, z aktualnej kadry OM tylko Boubacar Kamara i Maxime Lopez są wychowankami z szansami na grę. Jeśli McCourt poważnie myśli o długoterminowym rozwoju klubu, to powinien jak najszybciej poprawić akademię i lokalną sieć skautingu.

Artykuł pierwotnie opublikowany na Transfery.info
Michał Bojanowski